Menu

Blog II

Opis zdarzeń

AUTOKOREKTA

jacekbochenski

 

 

Coś ty zrobił, ośle-blogerze, coś ty zrobił Justynie, jakim prawem, romansopisarzu od  siedmiu boleści, tak, tak, siedmiu, ta magiczna liczba ma znaczenie dla Justyny. Kojarzy się z osłami.  Był kiedyś serial i była tam osoba, która trzymała osły. Zamiast imionami nazywała je na przykład Numer Siedem. Jedni numerują osły, inni kobiety. Albo opcje. Osiołek Numer Siedem, opcja siódma dla  Justyny. Tak ona to widzi. Ale o tobie, sprawco, ma być teraz mowa, nie o niej. Na ciebie, winowajco, przyszła pora.

 

Czyś ty aż tak zgłupiał, że nie wiedziałeś, czego się dopuszczasz? Jakbyś nigdy wcześniej nie słyszał o pisarskim grzechu mieszania rzeczywistości z fantazją? Jakbyś nie napisał całej książki o tym, to znaczy o mistrzu twoim, uwielbianym i do samego dna przez ciebie przeżytym Owidiuszu? Nie wiedziałeś, co to jest carmen et error, błąd literatury? Ale Owidiusz przyznał się do winy, choć nie do tej, o którą go oskarżono. A ty przecież rozumiałeś, do jakiej i dlaczego. Samolubstwo sztuki poniosło poetę, ważniejsze nad wszystkie inne względy i skrupuły. Forma kazała pobłądzić treści. Odkryłeś to u mistrza i co najlepszego sam zrobiłeś?                     

 

Obwiniam cię, czyli obwiniam siebie o przestępstwo literackie popełnione na Justynie.  

Ja jestem tobą, ośle-nie-ośle numer siedem-nie-siedem. Koniec z dwuznacznościami. Nie będę się ukrywał za drugą osobą zaimka. Ja jestem autorem niewydarzonego romansu. Ja pomieszałem prawa przysługujące literaturze faktu z prawami wolnej wyobraźni przysługującymi powieściom. Beztrosko pomieszałem, upojony egoizmem sztuki, nie zważając na Justynę, ofiarę moich pomysłów. 

 

Justyna jest kobietą rzeczywistą. Cielesną. Mieszka w Chełmie i ma czarne myśli. Ale może już nie. Może znowu mieszka w Lublinie. Rzeczywiście doktoryzuje się na lubelskim Uniwersytecie im. Marii Curie-Skłodowskiej. Rzeczywiście jeździ na Ukrainę. Wiem dlaczego, ale tej rzeczy nie wolno mi powiedzieć, jak nie wolno było Owidiuszowi  powiedzieć, dlaczego skazany został na wygnanie. I nie powiedział. Ja też nie powiem.

 

Mówię natomiast, czym zawiniłem i o co sam siebie oskarżam. Wymyśliłem nierzeczywisty spektakl publiczny w Internecie z lekkim tylko zabarwieniem miłosnym na początek, lecz założeniem rozwoju na później, i wciągnąłem do spektaklu Justynę. Nie ma nic do rzeczy kwestia, w jakim stopniu miałem na to jej przyzwolenie lub nie.  Powinienem był przewidzieć, że intuicja literacka, dobra w  projektowaniu fikcyjnych fabuł, może w realnym życiu zawieść. Bo o tym, co będzie się działo w mieszaninie życia z nierzeczywistym  spektaklem, zdecyduje ostatecznie Justyna, ale odpowiadam za wszystko, także za nią, ja. Bo ja wymyśliłem, że spektakl będzie naszym publicznym romansem, choć naprawdę był tylko publiczny, a spektaklem wcale nie był, lecz jedynie tekstem, który pisałem w Internecie.            

 

Prawdą jest, że pierwsza napisała do mnie Justyna. Wydała mi się ciekawą dziewczyną, nieszablonową, odważną i chyba zakochaną. Bardzo mi się spodobała. Była pełna zapału, ambitna, krytyczna, pomysłowa. Ona wymyśliła kozetkę i psychoanalizę, nie ja. Zdziwiłem się, gdy nagle uciekła z tej kozetki, jakby przestraszona.

 

Powinienem był już wtedy potraktować poważnie ten objaw i zrezygnować ze źle zapowiadającego się romansu, przyjmując, że jest nieuprawniony. Justyna nie musiała mi tego mówić. Do mnie należało wiedzieć o tym. Temat Blogu Drugiego można było jeszcze zmienić i o Justynie zapomnieć.  

 

Zamiast postąpić w ten sposób zacząłem tworzyć sobie potencjalną Justynę, począwszy od kilku włosków z fotografii profilowej na Facebooku, i samemu się zakochiwać w tworzonej  tak postaci. Dalszy przebieg historii, która trwała dwa lata, opisałem, nie ma więc potrzeby jeszcze raz jej tu streszczać. Usiłowałem, niezrażony powtarzającym się znikaniem i ogólną tajemniczością Justyny, konstruować niezwykły pod każdym względem,  jak na współczesne "standardy", romans. Słowa romans używałem w dwojakim znaczeniu: relacji miłosnej między dwojgiem ludzi i popularnej opowieści na ogół  typu naiwno-sentymentalnego. Takiej miłości dzisiaj się nie uprawia i tak się dziś nie opowiada. Ja stworzyłem taką miłość i opowiadałem.

 

To była moja pieśń w Internecie (carmen). Wszystko, co w pieśni mówi Justyna, powiedziała lub napisała rzeczywiście, głównie mejlami. Nie ma wypowiedzi Justyny zmyślonych przeze mnie. W sumie jednak pieśń jest moja. Ale ta subtelna pieśń, złożona z elementów cienkich i wątłych, jak sfotografowany włosek na wietrze, była moim błędem (error). Na ekranie komputera  powinien był pojawić się alarm, właśnie słowo error, swojskie przecież, angielskie i przez większość ludzi uważane za niewątpliwie angielskiego tylko pochodzenia. Ono więc mogło mnie ostrzec i napomnieć, żebym nie brnął w błędzie. Jednak się nie pojawiło. Inna kwestia, czy byłbym posłuchał. Najprawdopodobniej z oślim uporem trzymałbym się swojej pieśni. A przecież znikanie Justyny było wymownym znakiem, że ucieka od mojej pieśni, ma z nią jakiś kłopot, nie chce jej. 

 

W miłości i sztuce nie ma umów. Są tylko uczucia. Działa jednakowa zasada: miłość i sztuka nie mogą być uciążliwe. Jeśli gdzieś ich nie chcą, najlepsza rzecz, jaką one mogą zrobić, to czym prędzej się usunąć. Nie ma na co czekać. Jeśli komuś nie podoba się moja pieśń, nie namówię go, żeby mu się spodobała, naleganiem i  natręctwem. Otóż ja ze swoją pieśnią naprzykrzałem się Justynie  co najmniej o rok za długo. Zmieniałem wprawdzie melodie, to taka opcja, to siaka,, ale przecież ona nie chciała tej kakofonii słuchać, konsekwentnie ją ignorowała, a ja wciąż jeszcze nastawałem, raz po raz pobekując, jak osioł, o romansie.    

 

Teraz dopiero zdałem sobie sprawę z tego, co robiłem. Ależ oczywiście! Molestowałem Justynę! W obiegu jest taki termin: przemoc słowna. Nie wiem, czy wśród wielu  rodzajów przemocy słownej odnotowano już przemoc literacką. Jeśli nie, zgłaszam taki przypadek. Pisząc Blog Drugi molestowałem literacko Justynę. Tu powtórzę: nie ma znaczenia, czy z przyzwoleniem Justyny czy niezupełnie. Każdy mężczyzna molestujący kobietę twierdzi, że miał przyzwolenie, bo to ona go prowokowała. Chcę powiedzieć jasno: ja z własnego przyzwolenia molestowałem literacko Justynę, co było pewną formą molestowania seksualnego. Justyna mogła czuć się schwytana w literacką pułapkę i doznawać z tego powodu różnych przykrości. Nie wiedziała, jak sobie w takiej sytuacji poradzić, dlatego milczała. Bo ja się pomyliłem w swoim pierwotnym rozpoznaniu Justyny. Ona wcale nie jest kobietą odważną. Przeciwnie. Jest nieśmiała i słaba. Tym większą odpowiedzialność ponoszę za molestowanie takiej osoby, wręcz karalne prawnie, choć w    Polsce raczej tylko na niby.         

 

Owidiusz za pieśń i błąd został ukarany wygnaniem z Rzymu. Usunięto również jego książki z bibliotek. Ale utwory te przerobione na sceny baletowe mogły być wykonywane  w  teatrach. Kary jeszcze przede mną. W razie czego przerobię Blog Drugi na piosenki.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

PŁEĆ

jacekbochenski

 

 

 

Ogólnie biorąc, tradycja zwana małżeństwo radzi sobie jako tako z aktywnością zawodową i dążeniem do wciąż nieosiągalnego równouprawnienia ekonomicznego kobiet. Ich rewolucja trwa od dziewiętnastego wieku. Zmieniła w pewnym zakresie układy społeczne, obyczajowe i polityczno-prawne krajów Zachodu (zrazu dostęp do uniwersytetów, potem sufrażystki i tak dalej). Jednak nie wstrząsnęła posadami świata.

 

Są dwa główne powody.

 

Przede wszystkim rewolucja ta, raczej ewolucja, miała w istocie zasięg regionalny, bo do rozległych obszarów globu nigdy nie dotarła. Po drugie, nawet tam, gdzie dotarła, pociągnęła tylko część stosunkowo lepiej sytuowanych kobiet z wyższymi aspiracjami. Dla większości nie była ofertą jasną ani szczególnie zachęcającą. Dotyczyła siłą rzeczy elit. Żeby się o niej sto lat temu w ogóle dowiedzieć, trzeba było czytać gazety i jeszcze wybrać odpowiednie. Do dziś feminizm ze swym doktrynalnym językiem gender wymaga od zainteresowanych osób pewnego umysłowego przygotowania . Rewolucje tworzą swoje teorie w specjalistycznych językach, ale wybuchają pod wpływem innych, zawsze prostych bodźców.  

 

Dotychczas więc feminizm nie wstrząsnął posadami świata. Teraz jednak nie odmówiłbym szansy na to ruchowi Me Too.  Spełnia on wszystkie konieczne warunki atrakcyjności i prostoty, których feminizmowi dotąd brakowało. Obywa się bez trudnych wywodów antropologicznych, sztucznej lingwistyki poprawnościowej i abstrakcyjnych statystyk. Pobudza emocję w najczulszym i najintymniejszym punkcie wrażliwości ludzkiej, mianowicie w polu doznań seksualnych. Apeluje do wszystkich kobiet na świecie w sposób zrozumiały dla każdej, proponując  każdej osobiście życiowo zadośćuczynienie, niezależnie od jej statusu społecznego, cech fizycznych, kultury, wieku oraz miejsca i  momentu doznanej krzywdy. 

 

Poczucie molestowania przez mężczyznę może każda odtworzyć w pamięci, a może je też wręcz stworzyć w podnieconej wyobraźni, co wcale nie musi być aktem oszukańczym, wyrachowanym i  perfidnym. Łatwość psychologiczna takiego aktu samego przez się, podobnie jak z drugiej strony olbrzymia trudność wyjawienia rzeczy przez ofiarę, związana z koniecznością przełamania traumy, bierze się stąd, że pojęcie sexual harrassment jest niezmiernie pojemne. W tym worku mieszczą się zbrodnie i bestialstwa, wymuszenia i szantaże, a zarazem głupawe zaczepki, żarty i przekomarzanki. Byłe przyjemności i zabawy mogą z perspektywy czasu i Me Too  nabierać odrażających znaczeń.       

 

Mężczyzna staje się uniwersalnym prześladowcą kobiet, którego one spektakularnie pokonują. Każda jest w tym równa każdej. Nie ma różnicy między celebrytką z milionami odsłon w Internecie i szarą myszką z kasy w supermarkecie. She too.

 

To jest rewolucja. Do takiego ruchu warto przystać dla tej jednej chwili zadośćuczynienia za los płci. Ruch jest, oczywiście, antysystemowy, spontaniczny, momentalny i porywający, jak wszystkie najnowsze ruchy. Nie będzie tworzył struktur, bo nie ufa niczemu stałemu. Ale z  faktu istnienia dwóch płci wyciąga głębokie wnioski.

 

Feminizm w swojej interpretacji świata zamienił już dawno walkę klasową marksistów na płciową. Fronty są ustawione: kobiety przeciw mężczyznom. Jednak Me Too dodaje do ich konfrontacji coś nowego.  Sięga po raz pierwszy w głąb przeżyciową człowieka,  i to nie tylko kobiety. Również mężczyzny. Me Too nadaje  ich zderzeniu aspekt moralny. Nie chodzi o pieniądze, stanowiska i przepisy. Pojawia się problem winy, odpowiedzialności, osądu i kary nie tyle w znaczeniu prawnym, ile etycznym. Także mężczyźni mają co przeżyć. Powiedziałbym, że wobec współczesnego (i zapewne przyszłego) zlaicyzowanego świata sprawa Me Too nabiera wymiaru quasi religijnego. Jest w niej element objawienia. Jest  obietnica zbawienia dla kobiet, jest też jakby możliwość pokuty i odkupienia dla mężczyzn.

 

To prawda, że ta dwudziestopierwszowieczna dobra nowina nie zmieni raczej położenia muzułmanek, ale może dzięki Internetowi i telefonii komórkowej dowiedzą się dziś o niej chociaż niektóre, inaczej niż w czasach klasycznego feminizmu.  

   

Me Too może wstrząsnąć posadami świata.

 

ŻYCZENIE

jacekbochenski


 

Opcja siódma dla Justyny, banalna. A więc, jak już wiemy, poważna. Być może, jedyna, która zaważy i przeważy. Niech tak będzie. Duchu Bieluchu, dotrzymaj tej jednej umowy. Leć do Justyny i przekaż moje życzenie. Ono jedno ma się spełnić. Mam do takiego jednego życzenia prawo, a życzenie jest - to nie ulega wątpliwości - moje, choć nie dotyczy mnie. Nie jest z mojego romansu. Jeśli z romansu, to z jakiegoś innego.

 

Niech Justyna wyjdzie za mąż.

 

I nie zwlekaj z tym, dobry Duchu Bieluchu, załatw sprawę, jeśli łaska, szybko, bo czas też ma tu znaczenie. Niech koleżanki za plecami nie liczą lat i nie szepczą, że może być za późno. Niech szczęśliwa Justyna gotuje w małżeństwie obiady.

 

Życzenie mogło  być tylko jedno, limit zatem  został wyczerpany. Żeby polecenie było absolutnie jasne, powtarzam ci, Duchu Bieluchu: Justyna ma wyjść za mąż. To jest priorytet. Koniec.   

 

Niezależnie od  kompetencji magicznych Ducha Bielucha dodałbym dla spokoju feministek jeszcze jedno życzenie bezpośrednio od siebie: niech małżeństwo nie przeszkodzi pracom akademickim, twórczym, antykowi i może doktoratowi, o którym kiedyś była mowa.   

SŁODYCZE

jacekbochenski

 

 

Rządzący w Polsce Prezes zmienił sobie premiera. Bliżej nie wiadomo, po co to nagle zrobił, sprawa jest nieco tajemnicza, ale sądząc z esposé, wygłoszonego niemal w biegu przez nominata na nowego szefa rządu, Prezes mu powiedział, że potrzeba jeszcze więcej marchewki. Niech bierze, skąd chce, byle jej  raz po raz dosypywał. I tak aż do wyborów. Bo sama naprawa ordynacji wyborczej gotowa  nie wystarczyć. A tę marchewkę może sobie miły premier jeszcze pocukrzyć, jeśli wie jak. Jest zwolniony z obowiązku arogancji. Może być grzeczny.

 

Kij wisi już nad krajem. Sądy są jako tako załatwione. Kij się niby nagiął, ale potem odgiął. Nagiął się prezydent.    

OŚCIEŃ

jacekbochenski

 

 

 

Właśnie, banał!  A czy nie zacząłem od tego, że banał trzeba docenić? Czy tak jakoś nie powiedziałem? Czarno na białym jest to zapisane drukiem i w cyberprzestrzeni. Tak  zadeklarowałem na początku tworzącej się tu Trylogii Internetowej, gdy jeszcze nie wiedziałem, że powstanie coś więcej niż "Blog" i że w części drugiej pojawi się Justyna, a w trzeciej nie wiadomo na razie co.

 

Nie będziesz przeciw banałowi wierzgał, ośle. Banał będzie ci ościeniem. Takie przykazanie ukułem sam sobie.

 

I oto są konsekwencje. Nie ma się czego wypierać ani wstydzić. Banał to potęga. Jest jak powszechne prawo ciążenia. Jest tym, co przeważy wszędzie i we wszystkim. W życiu osobistym i publicznym, w rodzinie i religii, w polityce i kulturze. Może jest po prostu samym przeważaniem. I po tym poznajemy, że to on, banał. Bo nie jest poszczególnymi rzeczami, lecz ilością i zarazem jakością rzeczy.

 

Nie jest też zjawiskiem, które teraz dopiero zapanowało. Istniał zawsze, w pierwotnych kulturach plemiennych, w średniowieczu, istniał jako zawód miłosny poetów romantycznych w ich epoce, istnieje, oczywiście, we współczesnej cywilizacji cyfrowej jako olbrzym, instancja decydująca, głupiec i szatan jednocześnie. Będzie istniał, obawiam się, w przyszłości, będzie rządził i stawiał na swoim z coraz większą oczywistością. Bo chce go większość ludzi, skądinąd wyzwalających się niewątpliwie ze skrępowań ustrojowych, hierarchicznych, kulturalnych czy tak zwanych kulturowych, klasowych, pochodzeniowych i płciowych, łącznie z tą częścią masy ludzkiej, która wcale nie chce się wyzwalać, bądź co bądź nie od wszystkiego. Ale już jest dopuszczona do głosu czyli decyzji i ogólnie przeważa.  Z banałem czuje się najlepiej, swojsko, "normalnie". Tylko mniejszość rwie się do jeszcze jakichś niepojętych, odrażających wręcz dla reszty innowacji i wolności.  Jednak  ta mniejszość, raczej te mniejszości wszelkiego rodzaju to w odczuciu tamtych "nienormalni". A właściwie świat w ich odczuciu stał się nienormalny, oszalał albo zachorował, cały w nieustannych podrygach, jakby doznał ataku epilepsji. Zamiast solidności przypisanej raz na zawsze światu - szok za szokiem, osobliwość goni osobliwość, nowinka nowinkę, a jedna dziwaczniejsza od drugiej. I wszystko aż furczy, tak dużo tego naraz.  Człowiek w takim roztrzęsionym świecie traci grunt pod nogami. Jest przestraszony. Człowiek ma tych wstrząsów, tego natłoku niesamowitości i tego ich tempa dość.  Następuje reakcja, cokolwiek ten termin znaczy w sensie historyczno-społecznym. Człowiek nie wytrzymuje i tyle. Potrzebuje bezpiecznego schronienia. Ma do dyspozycji banał. W nim odpocznie.   

 

Kwintesencja banału w Polsce: niedzielny obiad rodzinny.  Już po powrocie z kościoła. Zupa. Teściowie. W głowach pieniądze. Zupa z wazy. Chochla nad talerzem. Tylko bez polityki, bo się zacznie piekło. I jeszcze zupa nakapie na obrus!

 

Chciałoby się stać porządnie na nogach i chochlą nalewać zupy teściom-nie-teściom. Wszystko lepsze od miotania się na przykład w multitaskingu, gdy grunt i czas uciekają spod stóp, a pozostają tylko zmęczenie i samotność. Polka nie jest feministką (na ogół, oczywiście, nie jest). Polka chce gotować ten obiad.  Polakowi swojemu jakiemuś. I wcale nie żąda, żeby on gotował. Ale Polka weźmie z kuchni rondel, weźmie tłuczek i wyjdzie na ulicę protestować, gdy się jej zabierze środki antykoncepcyjne i gdy się ją faktycznie spróbuje zmusić, żeby urodziła dziecko, którego ona urodzić nie chce. Wtedy wyjdzie. Jednak nie dlatego, że ją feministki nauczą formuły "mam prawo do swojego ciała", choć może wyuczona tak powie. W istocie, choć tego nie powie, walnie tłuczkiem w rondel, dotknięta boleśnie i ogarnięta złością z innego powodu. Banalnego. Z powodu Polaka, któremu z miłości gotowałaby obiad, gdy tymczasem on oszukał ją i zdradził z inną Polką. A jest może  ojcem tego dziecka, którego ona nie chce urodzić. 

 

Tak spełnia się banał. Tak banalnie kształtują się nie tylko w Polsce prawdziwe losy jednostek, par oraz rodzin, także krajów, być może świata i przyszłości. Zwycięża banał.

 

Domysł, że niepowodzenia erotyczno-seksualne mogą być motywacją buntu politycznego, nie wynika z "męskiego" przeświadczenia o  rzekomej niższości czy infantylizmie kobiet w porównaniu z mężczyznami. Z podobnych, skrytych lub nieuświadomionych motywów działa, można podejrzewać, równie wielu mężczyzn. O swoich frustracjach i poczuciu krzywdy erotycznej też nigdy nie powiedzą. A warto byłoby znać odpowiedź na ważne pytanie, czy przypadkiem nie wskutek bezradności i  poszkodowania w sferze miłosnej, wywołanego między innymi nową rolą kobiet we współczesnej cywilizacji Zachodu, przystępuje ten i ów do rewolucji lub kontrrewolucji. Czy nie dlatego zostaje kibolem odpalającym race i ciskającym petardy na stadionach piłkarskich?  A patriotą odpalającym takie same race, ciskającym petardy, maszerującym w pochodzie narodowców i faszystów? Czy nie ktoś tak upośledzony chce koniecznie pobić się z policją pod każdą szerokością geograficzną,  gdziekolwiek są policje? Ale niekiedy strzela do przypadkowych przechodniów. Wbija nóż w szyję nieznajomej kobiety. Rodzi się w Europie,  studiuje w europejskiej uczelni, nagle jedzie na Bliski Wschód, by zasilić szeregi dżihadystów  i wraca do Europy jako dyspozycyjny terrorysta państwa islamskiego. Czy nie z intymnej przyczyny to robi, jemu tylko znanej albo i jemu niezupełnie? Banalną tajemnicę  zabiera z sobą do grobu.

 

Nie będziesz przeciw banałowi wierzgał, powtarzam sobie. Musisz uznać, że oścień jest, jaki jest.

 

Otóż tępy. Niech cię nie dziwi to odkrycie.

 

Oścień tępy? Właśnie. Musisz zrozumieć, ośle jeden polski, że cię dźga tępota, nie kolec. Tępotę przede wszystkim musisz rozpoznać i zrozumieć tę jej miękkość,  mdłość i gąbczastość, która ciebie kłuje. Rzeczywiście kłuje. Dlaczego tak jest? Dlaczego  większość znosi to napieranie ościenia, jakby nie czuła, nawet zadowolona, choć świat ugina się pod ciężarem banału i rzeczywiście trzeszczy w posadach

 

Co to jest?

 

Nikt nie wie. Ten i ów coś wymyśla i niby coś wiedząc mędrkuje, jak ty, ośle, ale w istocie nie wie. A ty nie będziesz przeciw ościeniowi  po oślemu wierzgał, skoro banał  każde wierzgniecie dzięki swej gąbczastości jakoś tak bez uszczerbku dla siebie wsysa i pochłania. Ale nie dasz się banałowi przecież, jak osioł, poganiać i zapędzać, gdzie on chce, dlatego tylko, że banał przeważa. O, nie! To się po tobie nie pokaże. Masz raczej prometejską ambicję: pokazać innym osłom,  że można w sposób nieośli odnieść się do ościenia. To co, że banał przeważa? To przybierz stan nieważkości i nie będzie przeważał! Już nie umiesz? Kiedyś wbrew prawom fizyki umiałeś.           

 

Cóż więc masz zrobić, ośle jeden prometejski?  To znaczy, przepraszam, co ja mam zrobić?

 

A może być kobietą ? Chwycić  rondel? Rzeczywiście! Jest intymny powód, żebym chwycił. Romans mi się nie udał. Każdy widzi i ja nareszcie zrozumiałem, że się nie udał. No to idę do kuchni po rondel i tłuczek.

 

Ach, te moje stare, peerelowskie garnki, zachowane w głębi szafek kuchennych, blaszane, emaliowane, w kolorach wyblakłych. Moi weterani, moi smutni kombatanci po przejściach.  Ze śladami  dawnych przypaleń. Z odpryskami. Z wyżartymi przez korozję ranami w czarnym metalu, bardzo cienkim w tych miejscach, bliskim przetarcia na wylot. Sterane biedaki. Zepchnięte w  kąt i zapomniane. Milczą, bo … ech, szkoda gadać. Ale już brzęczą, gdy po nie sięgam, już się o siebie obtłukują, gotowe zabębnić, zadudnić. I prosto, jak stoją, mogą do ognia. Nic nie wiedzą o szkłach żaroodpornych, teflonach ani podwójnych dnach, niemiłosiernie poobijane, odbarwione,  osmalone, poczerniałe staruchy. Mają być werblami w Internecie? A nieforemne to , nieporęczne, za duże. I po co rondle?  Czy kobietom nie wystarczyły przykrywki? Moi weterani już się nie nadają. Oni  ze swoją blachą pasują tylko do płomienia.

   

 

Wyciągam jednego takiego z głębin szafki. Robi trochę rumoru między swymi. Oddaję mu należny szacunek i mrugam porozumiewawczo okazując znaki poufałej sympatii. Cześć, stary! Napełniam grubasa do połowy wodą. Więcej nie potrzeba. Stawiam kombatanta na kuchence gazowej i włączam palnik. Zanim się obejrzałem, woda bulgocze. Wsypuję do wrzątku garść makaronu.

 

Gotuję sobie obiad.                

© Blog II
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci