Menu

Blog II

Opis zdarzeń

POST SCRIPTUM

jacekbochenski



Drodzy Czytelnicy i Wszystkie Szanowne Osoby śledzące w Internecie Blog Drugi! Informuję, że ta publikacja została zakończona. Chwilowo proszę nie oczekiwać dalszych wpisów do blogu. Za pewien czas powiadomię m.in. na Facebooku, że pojawił się Blog Trzeci,  który uzupełni, mam nadzieję, moją przyszłą trylogię internetową. Serdecznie dziękuję  za towarzyszenie mi w dwóch dotychczasowych Blogach. Proszę mnie jednak nie opuszczać. Dam o sobie znać.

Jacak Bocheński              

HORACY, ODA I,33

jacekbochenski

 


 

Albiuszu nie cierp bólu zbytnio przywiązany 

pamięcią do nieczułej Glycery i gorzkich

elegii nie wyśpiewuj dlaczego cię młodszy

przyćmił i górą jest u wiarołomnej

 

*

 

 znakomita wąskością czoła Likoryda

z miłości do Cyrusa usycha a Cyrus

lgnie ku szorstkiej Foloe lecz prędzej z wilkami

apulijskimi złączą się kozice

 

*

 

niż Foloe pobłądzi z nieładnym  kochankiem

tak sobie chciała Wenus która nie do pary

lubi ciała i dusze brać w spiżowe jarzma

i skute puszczać okrutnie żartując

 

 *

 

mnie samego choć lepsza uwodziła miłość

milszą mi przytrzymała uwięzią Myrtale

wyzwolenica dziksza od adryjatyckich

wód które żłobią krzywy brzeg Kalabrii

 

 

  

 

SKAŁA

jacekbochenski


 

Nim zatrzaśnie się wieko nad Blogiem Drugim,  prosiłoby się bodaj o chwilkę poezji. Blog też trochę kwili. W Pierwszym chwilka poezji była. Był mój wiersz o liściach łopianu. Ale jestem prozaikiem. Nie piszę już wierszy.

 

Miałem dwadzieścia lat lub rok, dwa więcej, gdy przeczytałem i zapamiętałem na całe życie odę Horacego, oznaczoną jako pieśń trzydziesta trzecia w księdze pierwszej, a zaczynającą się od słowa Albi. Jest to imię własne. Po polsku brzmiałoby Albiuszu. Horacy zwracał się po imieniu do Tybullusa, innego, młodszego o jedenaście lat poety, który pisał namiętne, pełne pasji, a niekiedy zgryzoty elegie miłosne i którego Horacy miał potem przeżyć szczególnym trafem o drugie jedenaście lat. Ja przeczytałem odę i zapamiętałem całą słowo w słowo, bo mnie urzekła. Przez lata powtarzałem ją sobie w pamięci. Powtórzyłem głośno, szeptem albo tylko w myśli pewnie ze sto razy.

 

Kiedyś już o niej pisałem, kilka lat po zawarciu  pierwszej znajomości z tekstem. Od tego chyba zaczęła się moja późniejsza długa refleksja nad przekładalnością tekstów antycznych razem z kontekstami w sposób zrozumiały dla człowieka współczesnego. W odzie trudność sprawiało mi jedno słowo: tenuis. Wiedziałem, oczywiście, co znaczy. Przede wszystkim: cienki. Ale jest więcej polskich przymiotników odpowiadających dalszym znaczeniom łacińskiego tenuis. Wyróżniłbym z grubsza trzy kategorie: cienki, wąski; szczupły, chudy; wiotki, delikatny. Która z tych cech może się odnosić do czoła kobiety i świadczyć o nieprzeciętnej urodzie? Chodziło o pewną Likorydę, wspomnianą mimochodem przez Horacego. Usiłowałem się w to wczuć i  po namyśle skłonny byłem wybrać ostatecznie  delikatność. Delikatny zarys czoła, subtelna linia, subtelny wykrój!  Coś takiego gdzieś napisałem. Skarcił mnie ostro za nieuctwo Artur Sandauer. Wąskie czoło!  Najzwyczajniej w  świecie. Wąskie czoło uchodziło według antycznych gustów za piękne.  

Oda I,33, która wcale nie należy do najbardziej znanych i najwyżej cenionych utworów Horacego, mnie osobiście uwiodła. Myśl o przełożeniu jej na język polski, czyli mój najbardziej naturalny, począwszy od kwestii "wąskiego czoła", nie dawała mi spokoju. Wielokrotnie przymierzałem się do  przekładu, nic jednak z tych ostrożnych podchodów nie wynikało.

 

Trzeba wiedzieć, że u Horacego wszystkie słowa zdumiewają związkami, które z sobą tworzą, celnością doboru i siłą ekspresji. W tych zwięzłych strofach nie ma ani jednego słowa niekoniecznego. Tekst jest szczelny jak skała. Zrób tu przekład skały! Zachowaj w maksymalnym stopniu oryginalną kolej słów i znaczeń, bo to ważne, niczego nie pomiń, ale nie użyj żadnego niekoniecznego słowa i logicznie, lecz po horacjańsku bez gładzizny zmieść wszystko w określonej strukturze rytmicznej.

 

I jeszcze coś ledwo uchwytnego należałoby oddać w przekładzie: współbrzmienie poważnego, wręcz dramatycznego tonu z lekko humorystycznym. Nie wiemy, kim była wymieniona w odzie Glycera, ukryta podobnie jak inne osoby, pod greckim pseudonimem. Znamy jedynie poezję Tybullusa i jego emocjonalny temperament. W przekładzie trzeba by radzić sobie z dozowaniem tragizmu i komizmu wsłuchując się w ćwierćtony Horacego i ufając własnej intuicji, 

 

Nie śmiałem rozwiązywać takiego zadania. Zawsze kapitulowałem, aż pewnego ranka  wpadłem nagle w szał. Wstąpił we mnie demon. Oda miotała się, kołatała, dźwięczała i wystukiwała mi swój rytm w głowie domagając się, żebym przerabiał wszystko jej na moje tak, jak potrafię, ale natychmiast. To był mus. Przestałem być zdolny do czegokolwiek innego, do najprostszej innej czynności poza  mówieniem sobie raz tak, raz owak po polsku ody Horacego. Przez trzy dni i noce żyłem w amoku, może nawet bardziej przez noce niż dni, bo kiedy w końcu usypiałem, śniła mi się  oda.

 

Powstał przekład. Będę mógł  zatrzasnąć wieko nad Blogiem Drugim.     

 

KWILENIE

jacekbochenski

 

 

Jeszcze się spotkamy. Mam na myśli tego licealistę, który kilka lat temu w Serocku zapytał mnie o transhumanizm, a ja zapytałem, co to jest. Mam na myśli studentów doktora  Mizery siedzących w Zakopanem z plecakami, notesami i pospolitym uzbrojeniem elektronicznym, niektórych w pozycji lotosu lub kucznej. Wszyscy się jeszcze spotkamy. Przepraszam, że to tak długo trwa i nasza najważniejsza rozmowa o przyszłości świata ciągle się odwleka. Powiem więcej. Znów się odwlecze, i to poważnie, tym razem co najmniej do przyszłego blogu, może  Blogu Trzeciego, bo Drugi właśnie się kończy i w nim już spotykać się nie zdążymy. Ale młodzież nie ma na ogół pretensji o takie nieporządki, o dowolność, nieregularność, chaos czasów i sposobów bycia. Liczę na młodzież.

 

A może doktor Mizera zaprosi nas gdzieś  po raz  trzeci, jak do Serocka i Teatru Witkacego? Z rozmowy o Witkacym zrezygnujemy. Mam inną propozycję. Zanim przejdziemy do transhumanizmu, pomówmy o uczuciach. Co z nimi? Będą w przyszłości? Już ich nie ma?

 

Myślę, że przerwa między spotkaniami  wcale nam tak bardzo nie zaszkodzi, bo młodzieży może się tymczasem udać odkrycie, o które we wczesnej fazie życia trudno. Świat otaczający człowieka nie jest mu dany na zawsze w takim stanie, w jakim się objawił po raz pierwszy. To, że w człowieku zmieniają się , jak w komputerze, jego wewnętrzne ustawienia i programy, to młodzież dobrze wie, bo to do głębi swej istoty ludzkiej  przeżywa. Ale żeby świat?  

 

On przecież jest, czym jest, i nie miał być nigdy czym innym. Zdawało się, że świat człowiekowi to obiecał z absolutną oczywistością, gdy człowiek był dzieckiem. Człowiek to z właściwym dzieciństwu zaufaniem i powagą przyjął. A nagle widzi coś sprzecznego z tym,  co dotychczas widział. Wręcz nie sposób uwierzyć. Świat byłby zmienny, to znaczy chwilowy? Nie tamten objawiony na wieczność, który się zobaczyło w dzieciństwie?

 

Oto jest właśnie to fundamentalne odkrycie, pierwsze z całej serii takich, czekających człowieka w  życiu. Świat będzie się wielokrotnie zmieniał. Chciałem zostawić młodzieży trochę czasu na to odkrycie. 

 

Jednak młodzież nie jest głupia. Młodzież już się w tym zorientowała i wie swoje. Świat zawodzi. Nie można mu ufać. Ale żyć jakoś trzeba, choć są tacy, którzy twierdzą, że nie, lepiej odebrać sobie życie. Ono będzie wszystkim odebrane tak czy owak, a transhumanizmu, gdy może zostanie zastąpione jakimś transżyciem, nie ma jeszcze, dlatego tymczasem warto spróbować życia możliwego z istniejącym, zwodniczym światem Ja, humanista, nie tanshumanista, też tak myślę.

 

A zatem żyć. Ale jak? Zignorować świat, bo to oszust i na nic więcej nie zasługuje? Dogadzać sobie, mieć ten jeden cel? A i tak zabijanie się o to zupełnie wystarczy, żeby człowiek ledwo żył i życie mu zbrzydło. Ale może jednak ono jest piękne? Może da się tworzy i urządzać po swojemu własne, piękne, małe światy? Tylko z przyjaciółmi? Bez? Może jeszcze inaczej?      

 

O tym wszystkim powinniśmy porozmawiać gdy już ja uporam się jako tako ze swoimi  nieustannymi dystrakcjami i wreszcie się spotkamy. I pogadamy sobie o uczuciach, co wydaje mi się najważniejszym tematem w związku z przyszłością świata. A w młodzieży pokładam wielkie nadzieje, bo mam wrażenie, że w niej uczucia wykluwają się raz po raz i kwilą jak pisklęta w klatce. Takie z chowu przemysłowego. Bardzo im źle.   

ARTYKUŁ

jacekbochenski


 

Coś niesłychanego! Tak jak było na początku. Napisała Justyna E. Dąbrowska! Jednak nie do mnie, jak wtedy, wiosną, w roku 2015. Napisała o mnie. Teraz dopiero odkryłem, gdy przypadkiem trafiłem na informację bibliograficzną i wydawnictwo uniwersyteckie: ANNALES UNIVERSITATIS MARIAE CURIE-SKIŁODOWSKA - LUBLIN  - POLONIA. VOL.XXXIII, SECTIO FF, 2015. Pod nazwiskiem Justyna E. Dąbrowska na trzynastu stronach praca: "Szkic o kobiecości w trylogii antycznej Jacka Bocheńskiego". Napisała zatem o mnie i kobietach. Też wtedy, na początku. Bo jest data. 2015.

 

Nigdy nie zapoznała mnie z tym tekstem. Nie przesłała, nie pokazała, nie zrobiła nic, żebym przeczytał. Wspominała raz czy dwa o jakimś napisanym przez siebie artykule, ale pisała ich wtedy dużo, nawet po kilka dziennie, na przykład o rzeżączce, polineuropatiach albo czyszczeniu klimatyzacji, taką miała pracę. Sądziłem, że to były krótkie, zamawiane przez jakąś firmę czy agencję konspekty informacyjne, komuś na przykład potrzebne do egzaminu. Co się tyczy ewentualnego takiego konspektu na mój temat, mógł być biogram z materiału pobranego w Internecie, wymienione trzy, cztery tytuły książek, i tyle, najwidoczniej nic dla mnie ciekawego, uważała chyba sama autorka i wolała, żebym nie czytał. 

 

Już po romansie znalazłem ten artykuł, przeczytałem i bardzo się zdziwiłem. Jeszcze raz Justyna mnie zaskoczyła. To nie jest użytkowa ściągawka z elementarnymi wiadomościami, jak sobie wyobrażałem. To jest poważne studium. Wygląda na przygotowywanie doktoratu, może nawet na gotowy fragment rozprawy doktorskiej, gdyby przedmiotem badań miały być różne motywy antyczne w różnych książkach współczesnych. Mnie z moją "Trylogią Rzymską" przypadłby w udziale jeden motyw, starożytne kobiety, aspekt wybrany spośród wielu możliwych. I słusznie, bo trudno objąć sensowną analizą wszystkie aspekty wszystkiego u wszystkich autorów naraz. A więc wybór szczegółowego tematu dla każdego pisarza indywidualny, w moim przypadku frapujący: kobiecość. Poważne studium, realna zapowiedź doktoratu. Tak to teraz widzę.

 

Ale nie to mnie zaskoczyło. To mogłem przewidzieć. Zaskoczyła mnie treść pisanego w roku 2015 artykułu. Otóż napisała go według  podstawowych reguł doktryny feministka, którą, jak mi się zdawało, Justyna nie jest. Zauważyłem u niej raczej skłonności konserwatywne, pewien charakterystyczny zespół pojęć, przeświadczeń i wartości tradycyjnych. Kiedyś zastrzegła się wręcz,  że nie użyje jakiegoś wyrazu, żeby coś, co pisze, nie zakrawało na feminizm. Była obyta z tym językiem i miała go w głowie, jednak się przed nim wzbraniała. Nie był to jej naturalny język.  

 

Jednak w "Szkicu o kobiecości w trylogii antycznej Jacka Bocheńskiego" ten język właśnie dominuje, z niego wywodzą się kryteria i sądy, on tworzy atmosferę.  "… W całej trylogii - pisze Justyna E. Dąbrowska - bardzo wyrazisty jest męskocentryzm, kobieta (…) nie funkcjonuje jako człowiek mający własne potrzeby, aspiracje i pragnienia, zostaje uprzedmiotowiona - ma istnieć jedynie dla mężczyzny". Badaczka trylogii zdaje sobie, oczywiście, sprawę, że współczesne prawa człowieka nie były znane w starożytności i nie można w tych kategoriach opowiadać o ludziach tamtej epoki, również o kobietach, trzymając się zarazem oryginalnych źródeł, na przykład twórczości łacińskich poetów. Z drugiej strony badaczka widzi, że narrator czy narratorzy trylogii "żonglując z wdziękiem faktami" utrzymują nieustanny kontakt ze współczesnością na wielu poziomach, aby "przybliżyć historię"  i zaintrygować lub zabawić czytelników. Czy Korynna z elegii miłosnych Owidiusza jest "egzemplifikacją kobiecości antycznej, starożytnej, rzymskiej, czy też  jest to Korynna zgoła inna - współczesna i nowoczesna"? Może więc autor nie odnosi się w istocie do kobiet antycznych, ale do dzisiejszych swoich.

 

Z podobnymi opiniami, trzeba przyznać,  spotykał się autor trylogii zawsze, poczynając od "Boskiego Juliusza" w PRL , tyle że wtedy nie chodziło o stosunek do kobiet, lecz do władzy politycznej. Justyna E. Dąbrowska idzie droga przetartą już dobrze przez polityków, dziennikarzy, krytyków i polonistów (autorowi jest immanentnie przypisany "język ezopowy"),  ale wstępuje niejako na kolejne piętro, by wykazać, że za kamuflażem ezopowym kryje się  dość ograniczony i schematyczny światopogląd "męski". Tyle zostaje z antyku i łacińskiej poezji miłosnej. "Autor potrafi zbudować wiarygodny portret psychologiczny, jednak zawsze są to mężczyźni, kobiety przypominają powielane klisze".

 

Takie uwagi badaczki brzmią, co prawda, niezbyt pochlebnie dla autora, ale kto powiedział, że "Trylogię Rzymską" mają wszyscy chwalić? Ja nie powiedziałem . "Szkic o kobiecości" kontynuuje i rozwija zapoczątkowaną w czasach PRL  tradycję oceniania tych książek z jednego tylko  punktu widzenia, uznanego za najważniejszy. Na podstawie takich nadrzędnych  kryteriów z prawem do wyłączności można literaturę, sztukę i w ogóle kulturę zarówno ganić, jak i chwalić. Nie wiem, czy można głęboko przeżywać. Ale taki sposób obchodzenia się z tworami kultury jest praktykowany, był chyba zawsze i sam należy do kultury. Wartościuje się jej twory, akceptuje lub odrzuca ze względu na jakiś element decydujący: religijność, laickość, popieranie ustroju, sprzeciwianie się ustrojowi, patriotyzm, uniwersalizm, co kto woli, to znaczy co wartościujący woli i czemu przyznaje bezwzględny prymat.

 

Wydaje się, że  z różnych powodów będziemy coraz bardziej zmuszani do życia pod panowaniem takich absolutów, nic innego już się nie przebije, tylko one mają szansę walczyć o lepsze między sobą. Dobrze więc dla mnie i trylogii, że dzięki doktorantce Justynie E. Dąbrowskiej znaleźliśmy się bądź co bądź w polu walki nowego absolutu.  Jest to absolut płeć. Wszystko jedno, która, męska czy żeńska. Absolut płeć, ściślej krzywda i roszczenia płci, chwilowo jeszcze we wstępnym stadium rozwoju, zapowiada się na potęgę nowych czasów, godną z powodzeniem stanąć obok takich absolutów, jak przestarzała walka klas, odgrzewany absolut naród i nawet sfatygowany już dosyć absolut rynek.       

 

Kolorem  atutowym w grze wartości staje się absolut płciowy. Feminizm nie jest jedynym, lecz potencjalnie najpoważniejszym składnikiem nowego absolutu, co doktorantka, jeśli osobiście nie jest feministką, intuicyjnie wyczuła najpóźniej w roku 2015, by napisać i jeszcze w tym samym roku opublikować "Szkic o kobiecości w trylogii antycznej Jacka Bocheńskiego". Nadążyła za jedyną, być może, nadzieją przetrwania kultury w epoce panowania absolutów, chwyciła się najbardziej sugestywnego w jej odczuciu i pociągnęła za sobą trylogię.

 

A "Trylogia Rzymska" w ogóle żyje dzięki absolutom, potępiana za występowanie  w ezopowej masce przeciw ustrojowi i za to samo ceniona przez kogo innego. Bez tych absolutów nie dostałaby się pewnie do żywego obiegu kulturowego tamtych czasów, a zwłaszcza do opinii publicznej, i nie dotrwałaby  jako tako na tej pożywce po dziś dzień. Ale stare absoluty wyczerpały się i nie podtrzymają życia publicznego trylogii w nowych czasach, mało w ogóle zainteresowanych kulturą, jaką kiedyś ludzie znali (przynajmniej z widzenia). Potrzebne są nowe impulsy. Najlepiej zarzuty i wykluczenia w imię nowych absolutów. Kultura znana dotychczas albo zginie albo nauczy się żyć w polu rażenia tych sił i z nich korzystać. Dobrze to widzi wieszczek patrząc w przyszłość.

 

Justyna E. Dąbrowska na swoim skromnym odcinku zrobiła dla trylogii, co mogła. Musiało jej to sprawić pewną trudność, z którą nie wiem jak sobie poradziła. I to właśnie mnie zaskoczyło. Poddała trylogię bezpardonowej  krytyce feministycznej, a przecież jednocześnie była nią zachwycona jako czytelniczka, miłośniczka antyku i kobieta.

 

W krytyce autora trylogii, która przezwyciężając ówczesny entuzjazm dla niego napisała,  jest wszystko, co powinno być, cały wymagany arsenał terminów i zwrotów,         

patriarchat, uprzedmiotowienie, autorytatywność ("pozycja auctoritas"), pojawia się "urażona męska duma", język do tego momentu jednorodny. Nagle dysonans. Czytam zdanie:  "Kobieta, która nie poddaje się patriarchatowi(…) która nie podąża za wskazówkami mężczyzny, lecz szuka własnej drogi, wykreowana zostaje na kobietę upadłą, bez zasad". Ta "kobieta upadła, bez zasad" nie pochodzi z języka feministycznego, na pewno też nie z mojego, chyba że chodziłoby o jakieś cudze, umyślnie przytoczone, słowa, których sobie jednak nie przypominam.  Ale raczej wygląda to na konserwatywny zabytek mentalny bodaj z dziewiętnastego wieku, przechowany w głowie Justyny E. Dąbrowskiej.

 

Dla dobra przyszłej pracy doktorskiej, gdyby miała powstać, warto byłoby może pozbyć się takich naleciałości językowych, równie obcych myśleniu feministycznemu, jak "Trylogii Rzymskiej", nic nie tracąc, oczywiście, na ostrości krytyki. Okazja do rewizji pojęć z innej bajki może się nadarzyć, gdyby doktorantka poszła jeszcze za swą refleksją wyrażoną takim zdaniem: "Dwie kobiety z trylogii to zbyt mało, by móc uogólniać sposób kreowania postaci kobiecych i odgrywane przez nie role - z pewnością jest to wartościowy kierunek dalszych analiz".

 

   

 

 

© Blog II
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci