Menu

Blog II

Opis zdarzeń

JUTRZENKA

jacekbochenski

Pod lasem, hej tam pod lasem… Widzę. Coś błyszczy z dala. Tego się już nie śpiewa. Ale widzę. Błyszczy. Banda Cyganów ogień rozpala? Rozpalała pewnie sto lat temu albo dawniej. A teraz? Cóż może dziś błyszczeć z dala? Światełko w tunelu? Chcielibyście!

 

Kwestia, oczywiście, kto na jakie światełko czeka, bo różni na różne. Ot, na przykład Cyganie. Zostali już, co prawda, do pewnego stopnia uznani za Romów, jednak tylko do pewnego stopnia, a tunel ich powszedni wciąż ciemny, oj, ciemny, i swojego światełka na próżno w nim wypatrują.

 

No ale coś błyszczy pod lasem. Idę tam, jakby mnie magnes ciągnął. A kura gdzieś het za mną gdacze, co na wsi przeważnie pracującej w mieście i pobierającej dopłaty od Unii Europejskie jest już trochę rzadkością. Nie kalkuluje się kura w małych gospodarstwach, bo zysk żaden, a jajka można sobie kupić w sklepie. Mimo to jakaś kura gdacze. I jedną zamyśloną krowę na pastwisku minąłem. Częściej mnie mijają samochody. Piechotą mało kto tu chodzi. A ja hej tam pod las idę zobaczyć, czy światełko w tunelu nie rozbłysło przypadkiem na wsi. Bo ze światełkami tak jakoś jest, że rozbłyskują na ogół kiedy indziej i skądinąd, niż się ich wygląda. Skoro więc pod lasem coś błyszczy z dala, a nikt chyba nie myśli, że jutrzenka przyszłości, ja, wasz odpowiedzialny wieszczek, muszę na wszelki wypadek sprawdzić, czy światełko tam w jakimś tunelu nie świta . 

 

O, proszę! Już większe jest w miarę, jak się przybliżam. Rozjarzone do białości wśród  zieleni leśnej, świeci na tle ciemnej ściany. A nikogo nie obchodzi. Na drodze, która tam prowadzi, nie zebrał się tłum, jak powinien. Prawdę mówiąc, droga jest pusta. Przejechało kilka samochodów, ale w odwrotną stronę. 

 

Niczym niezrażony zmierzam konsekwentnie do celu przez pola, wśród żółto kwitnących nawłoci, tu i ówdzie wysokich jak ja.  W powietrzu dokoła słyszę jednostajne bzyczenie. Brzmi powszechny bzyk os, pszczół-robotnic, opitych nektarem trzmieli i tłustych much, tańczących w słońcu. To jest głos wsi, myślę. Pewnie taki też, ale współczesna wieś pobrzmiewa jeszcze drugim głosem: polifonią niezliczonych silników, agregatów, traktorów i kosiarek trawnikowych. Ten wielogłos unosi się nad polami i łąkami,  snuje w powietrzu, podawany od wsi do wsi, przycicha w przestrzeni, z wielogłosu staje się półgłosem, podobnym do owadziego bzyku, tylko trochę mocniejszym. Polifoniczne owady i polifoniczne silniki razem tworzą jeden współgłos i to dopiero jest dzisiaj rzeczywisty głos, jak powiedziałby mój trzynastoletni przyjaciel Aleks, wsi "zaawansowanej".

 

 

A wydaje się, że ten rozproszony w przestrzeni głos-pogłos dociera jeszcze bardziej z dala, niż błyszczy z dala coś tam pod lasem . Ej, czy to nie objawia się muzyka przyszłego świata? Ależ oczywiście! Jako wieszczek, specjalista tematu, zapowiedziałem już divertimento na rechoczące żaby i sygnały dźwiękowe w ruchu drogowym. A czyż nie może być koncertu na bzyczące owady i przyszłe silniki? Jeśli będzie pokój, rzecz prosta. Owady, wiadomo, wszystko przetrwają.  Ale jak silniki? Jeśli nawet dzięki pokojowi utrzyma się świat, a silniki z nim, czy nie będą ciche? I co wtedy z moim koncertem? No trudno, niech się już kłopoczą o to przyszli kompozytorzy.   

 

Ja tu mam przed sobą las i drogę, okazuje się,  hej tu pod lasem, już  nie z dala. Skręciłem i , wyszedłem właśnie na nią. Przy niej widzę to, co nie tyle błyszczy, ile bardzo się bieli. Na pewno nie ogień. I tunelu tam nie ma. Bieli się i szkli jakby oko potwora z perłowo-jasną powieką. Ale takie trochę prostokątne to oko i powieka też prostymi linami przycięta, jakby nie banda Cyganów hulała pod lasem sto lat temu, lecz malarzy kubistów i jakby oni tam nie stare baby, lecz swoje geometryczne potwory gonili-gonili do lasa.

 

Ale potwór, którego odkrywam, gdy docieram  wreszcie na miejsce, nie ma stu lat, ma  najwyżej kilka, bo jest wyrzuconym na skraj lasu telewizorem.  To, co wydawało  mi się łypiącym okiem potwora, jest ekranem . A co wyglądało na powiekę i białością błyszczało z dala, okazuje się częścią obudowy, która może łączyła telewizor z  jakimś regałem, na przykład  kuchennym. Jest to lśniąco-biały płat, skądś wydarty, lecz nieoderwany od telewizora, bo widocznie uznany z nim razem za śmieć i ciśnięty w krzaki  pod lasem. Robota na długie wieki dla wody, zarośli i drzew.

 

A nie mówiłem, że może świtać jutrzenka przyszłości? Lasy będą rosły na porzuconych telewizorach, nie mówiąc o kosiarkach trawnikowych i mnóstwie silników.  Może być i taka przyszłość głupiego świata.  

 

PRZYJAŹŃ

jacekbochenski




- Czy mogę być pana przyjacielem? - zapytał mnie przy stole trzynastoletni Aleks przekrzykując grupę chłopców i dziewczynek. Siedział wśród nich i jadł obiad. Rodzice, którzy dzieci nie biją, zafundowali im w celach wychowawczych dziesięciodniowe warsztaty teatralne na wsi pod  kierunkiem doświadczonej instruktorki. Ona też ich nie bije, ale odbiera wszystkim smartfony i telefony komórkowe, po czym przez dziesięć dni pracuje z grupą nad przedstawieniem. Ostatniego dnia grają i wyjeżdżają ze wsi.

Instruktorka je z nami obiad przy tym samym stole. W rozmowie powtarza kilkakrotnie, że nie chodzi o to, żeby robić z dzieci artystów, tylko żeby uczyć współżycia z ludźmi i pracy w zespole.

 - Miło mieć przyjaciela - odpowiedziałem Aleksowi . - Bądźmy przyjaciółmi.  

Aleks wzniósł entuzjastyczny okrzyk  satysfakcji w stronę koleżanek i kolegów.    

- Podzielę się z panem połową ciasta - zawołał.

Jednak na deser nie było ciasta. Był arbuz. Dostałem kawałek.

- Skoro jesteśmy przyjaciółmi, powinniśmy  z sobą pogadać. Zajdź do mnie w czasie wolnym od zajęć - powiedziałem. - Zapraszam.

Aleks chętnie przyszedł. Zapytał:

- O czym będziemy rozmawiać?

- Może jako przyjaciele na początek tak trochę o przyjaźni w ogóle. Masz pewnie więcej przyjaciół, prawda?

- Mam jednego.

- Tylko?

- Tak.

- Jeden prawdziwy przyjaciel to już  może być dużo.  

- Dawniej go nie lubiłem, a teraz lubię.

- Dlaczego nie lubiłeś go?

- Jego inni też nie lubią. On tu jest z nami. Nikt się z nim nie przyjaźni, tylko ja.

- A który to?      

-  Maurycy.

- I co was łączy?

- Maurycy na przykład nie klnie. To znaczy, nie używa wulgarnych słów.

- Ty też nie klniesz?

- Też, ale wyjątkowo może mi się zdarzyć, a Maurycemu nigdy.  

- No dobrze, przyjaźnisz się z Maurycym, z którym inni nie chcą, ale dlaczego zechciałeś ze mną?  

- Bo to  było tak: Maurycy powiedział, że być moim przyjacielem na pewno już nikt się nie zgodzi. Przyszło mi do głowy, żeby zapytać pana.  I pan się zgodził.

Mówiliśmy potem z Aleksem o książkach "zaawansowanych", pisanych według Aleksa  "zaawansowanym" językiem, nie o "lekturach". Lektury szkolne są nieciekawe. Z ciekawości zaczął Aleks czytać Szekspira, gdy miał dziewięć lat.  Tak opowiada mój przyjaciel. I "Trylogię" Sienkiewicza też przeczytał.    

W przedstawieniu zagrał bardzo dobrze z całą grupą. Na scenie zaaranżowanej w drewnianej szopie wiejskiej rzucały się w oczy czternastoletnie i piętnastoletnie, wysokie dziewczyny.
 
Pomyślałem, że rośnie przyszła elita. Może nawet Aleks będzie aktorem. A czy w tym bliskim już, przyszłym świecie, który stworzy pokolenie Aleksa, nie będzie nienawiści do elit? Będzie przyjaźń? W Polsce zacznie się mówić "zaawansowanym" językiem i  przestanie, co drugie słowo, kląć?

Ta krótka opowieść o przyjaźni zostaje bez pointy, mimo że się prosi. Tu będzie urwana, bo musi. Jak romans.

                                                     
 

PIWO

jacekbochenski

 

 

Polska. Wieś jest komórką macierzystą Polski. My wszyscy z tej komórki, koniec końców lub raczej początek początków. Usiadłem ze wszystkimi nami-Polakami tam, gdzie siadają we wsi mężczyźni po pracy i powrocie z miasta.  Bo pracują przeważnie w mieście, we wsi mieszkają. W mieście nachodzili się po rusztowaniach i dachach. W dół lepiej nie patrzeć. Ci, którzy wyjątkowo pracują na wsi, dorywczo tylko, nawozili się ciągnikami  i nawrzucali widłami siana. Z pola do przyczepy, z przyczepy do dmuchawy. Upierdolił się człowiek, kurwa. Ale szuka się takich. Robota jest. Ludzi do roboty, kurwa, nie ma.

 

Po pracy mężczyźni kupili w sklepie po butelce piwa i usiedli na ławach przy stole obok sklepu. Nad stołem rozpięty jest wielki parasol, ochrona przed słońcem, które wciąż mocno pali, grzejąc łąki i miejsca otwartych spotkań międzyludzkich. Liczba mnoga zbędna. Jedynym takim miejscem we wsi jest punkt konsumpcji piwa pod sklepem, otwarty dla wszystkich. Dopuszczeni są także niepracujący nigdzie emeryci i renciści. Pamiętają PRL, są konserwatystami, niektórzy  są też bardzo głośni, bo przygłusi. Zostałem uznany za jednego z takich, choć nie jestem przygłuchy, ale zaakceptowano mnie przy stole. Na znak, że tak jest, któryś w słomkowym kapeluszu wyciągnął do mnie rękę i uścisnął moją. Zrobił mi miejsce przy sobie i zaprosił. Siedzimy na jednej ławce, on z mojego prawego boku.

 

Przyszedłem z flaszką piwa, a dodatkowo z kupioną w sklepie paczką herbatników. Nie bardzo nadają się do piwa, ale rozpakowałem. Okazały się powleczone czekoladową polewą. Zaproponowałem. Nikt nie wziął.  Jednego zjadłem. 

 

- Teraz dzieci są święte - mówi  emeryt z przeciwnej strony stołu -  no i zrobiło się z młodzieżą, co się zrobiło. Wszystko popierdolone. Bo dzieci są święte. Nie ma wychowania. Mnie jeszcze nauczyciel bił linijką po rękach - emeryt  rozpłaszcza dłoń na stole i pokazuje, jak nauczyciel ją bił - a  teraz nie wolno dziecka tknąć, bo dziecko jest święte. Nie ma wychowania.  Mnie ojciec wychował. Dał mi wpierdol, to do dziś pamiętam. Wychował mnie jak trzeba. No co, kurwa, nie?

 

Emeryt gruby i przygłuchy, który siedzi po mojej lewej stronie, ma, zdaję się, pretensję do tamtego. Nie wiem, jaką. Mówi wprawdzie tubalnym głosem, ale mielenie w ustach słów brzmi mniej więcej tak, jak bulgot pralki elektrycznej, wyżymającej bieliznę. Mało rozumiem. Jednak wkrótce orientuję się, że chodzi o to, kto jest z nich starszy. Wypytują i mnie o wiek, a także gdzie mieszkam i skąd przyjechałem.       

 

- Aaa - mówią, po czym temat rozmowy schodzi na wilki.

 

Są wilki w okolicznych lasach.  

 

- Były nawet widziane dwie watahy - twierdzi mężczyzna, który w mieście chodzi po dachach.  

 

- Dwie to dawniej - wtrąca młody traktorzysta, który wozi siano.

 

- Dawniej nie było wilków - odpowiada ten od dachów.

  

- Nie w tę zimę, dwie zimy dawniej.

 

- Dawniej nie było wilków - powtarza swoje dachowiec -  ale Wałęsa podpisał ustawę, że wilki mają być pod ochroną. To Wałęsa podpisał. Bo Francuzi nie chcieli, żeby im wilki żarły ich owce, i strzelali do wilków, a one poszły do Niemiec i do nas. Tak to jest w Unii.   Wałęsa to podpisał. 

 

- Czy mogę wziąć jednego? - zrozumiałem,  że coś w tym sensie huknął mi do lewego ucha gruby- przygłuchy, bo wskazał palcem herbatniki.

 

- Tak, tak - powiedziałem i raz  jeszcze zaproponowałem każdemu z osobna, żeby się poczęstował. Nikt nie miał ochoty. Tylko gruby-przygłuchy wziął, o co prosił, i zjadł.

 

- Ile dostaje pracownik za taką zwózkę siana? - pytam traktorzystę.  

 

Zawahał się. Pytanie go zaskoczyło.

 

- Dziesięć złotych - odpowiada z jawną kpiną, patrząc mi w oczy.      

 

- Od przyczepy - uzupełnia nieco później, odwracając wzrok.

 

- Trzy dychy od przyczepy - poprawia go emeryt w kapeluszu.  

 

Traktorzysta uśmiecha się i nie mówi nic.

 

- Czy mogę drugiego? - bulgocze mi pralka  w lewym uchu.

 

- Proszę brać. A ile razy przez dzień obróci pan przyczepą? - jakby nigdy nic ciągnę traktorzystę za język.

 

- Siedem - decyduje się teraz wiarygodniej. - Ale nie mogę być pijany - dorzuca. Znów się uśmiecha. 

 

- Osiem - prostuje emeryt w kapeluszu. .

 

Po trzeciego i zaraz czwartego sięga gruby-przygłuchy już bez pytania.

 

- Niech pan schowa przed nim te herbatniki, bo opierdoli panu wszystkie - ostrzega dachowiec.

 

Widzę, że w piwie, które ja jeden piję z kupionego w sklepie plastikowego kubka, inni z flaszek, tonie chyba pszczoła albo osa przebierając rozpaczliwie nóżkami i czułkami. Chlustam niedopitą resztą z kubka na trawnik.   

 

- Osa wpadła panu do piwa - woła nie wiem który emeryt.

 

- O, jest! Rusza się - wspinacz chodzący w mieście po dachach  wypatrzył osę w trawie. - Teraz poleży taka napierdolona piwem. Dobrze pijana jest.

 

Całe towarzystwo wybucha śmiechem.

 

- Nie! Poleciała! - traktorzysta zauważa odlot osy.  

 

- Ale pijana jak skurwysyn i nie obeschła jeszcze. Daleko nie poleci - komentuje emeryt z przeciwka. 

 

- To już jej sprawa - mówię, żeby coś powiedzieć. - A słyszałem, że były tu jakieś dodatkowe wybory i było dwóch kandydatów na wójta gminy. To prawda? - zwracam się do emeryta z przeciwka.

 

- Tak. Wybrali nowego.   

 

- A pan głosował na którego?

 

- Na nowego.

 

- My tu wszyscy na nowego. Drugi już był -  wyjaśnia dachowiec      

 

- Ale to nie ten poprzedni wójt. Tak słyszałem.

 

- Nie, nie. On dawniej był wójtem.

 

Dawniej, pomyślałem, to może wtedy, kiedy jeszcze nie było wilków.

   

- Dwa razy był wójtem. Ale to kiedyś.  Nawet coś tam wtedy zrobił - sadzi emeryt wychowany przez ojca, jak trzeba.

 

- Za chuja bym na niego nie głosował - oznajmia traktorzysta i pociąga z butelki, jakby na potwierdzenie, że dla niego sprawa jest  skończona.

 

- A nie, żeby teraz głosować to nie. On ma tu takie  - mówi emeryt  z przeciwka i nie kończy, tylko zaplata palec o palec drugiej ręki, tej, w którą bił go linijką nauczyciel.

 

- Wiadomo, on już był, jego znamy - kontynuuje mój sąsiad w kapeluszu. - A co zrobi ten wybrany nowy, to dopiero zobaczymy.

 

Powiedział i zapada cisza.

 

- Takie butki z cholewami - dodaje filozoficznie kapeluszowy.      

 

Nagle odzywa się gruby-przygłuchy, który nie brał udziału w dyskusji i nie wszystko pewnie zrozumiał, bo nie wszystko słyszał. Teraz ja,  choć słyszę go aż za dobrze, nie rozumiem, co  mówi, prócz pojedynczych słów.  Ale nie wypada  się przyznać. A on mówi, wyraźnie czymś podniecony, chyba się zaperzył.

 

- Ty, co tobie? Ta osa cię użądliła? - przerywa mu kapeluszowy.

 

Odpowiedzi nie rozumiem. Emeryt w kapeluszu rozumie.

 

- Dobrze, wnerwiony. Ale co cię wnerwia, kurwa?

 

  - Wszystko.

 

To zrozumiałem. Odpowiedział jednym słowem. I umilkł.

 

- A! - odwzajemnia się mój z prawej temu z lewej. -  Gówno podchodzi do serca.

 

Na to tamten wybucha znów niezrozumiałym dla mnie łomotem elektrycznej pralki. Chwilę to trwa. Wtem sąsiad z prawej zdejmuje kapelusz i zwraca się do mnie głośno, żeby tamten słyszał:

 

- Dziadku, dać mu piąchą w ryło?

 

Aha, uświadamiam sobie, sprawdza mnie.

 

- Nie! - mówię stanowczo.

 

On jeszcze raz podaje mi rękę, po czym spokojnie nakrywa głowę swoim słomkowym kapeluszem.

 

Pomyślałem, że porozumienie możliwe jest nie tylko wśród koni.

  

SIELANKA

jacekbochenski



Na łąkę wybiegają radosnym galopem dwie wypuszczone ze stajni klacze. Są maści gniadej, mają czarne grzywy i czarne ogony, ale białe, zalotne pręgi na łbach, co dodaje łbom smukłości i urody.  Takie pręgi nazywają się u koniarzy "latarnie".

Łąka pachnie ziołową mieszanką z nieskończenie wielu roślin. Łąkowy zapach wypełnia całe powietrze, jak oddechem sięgnąć. Bardziej panuje nad łąką tylko słońce, które mocno pali. Ale słoneczne gorąco i  ziołowy aromat współpracują, aby łąka była tym, czym powinna. Łąki mają być wygrzane, pachnące i należeć do wolnych zwierząt.    

Łąka byłaby sielanką moją i radosnych klaczy, gdyby w powietrzu nie krążyły eskadry złośliwych najeźdźców, też bądź co bądź wolnych zwierząt: much, gzów, bąków… Skąd mogę wiedzieć, co tam jeszcze lata i jak się nazywa.

Ze mną pół biedy, dam sobie jakoś radę, ale co robić, gdy się jest klaczą i nie ma rąk? Jak spędzić muchę z miejsc niedostępnych dla ogona, grzywy lub w ostateczności kopyta?

Pierwszy pomysł, jaki przychodzi do łba, to położyć się do góry brzuchem i wytarzać trąc  grzbietem o trawę.  Jak często można to jednak powtarzać będąc koniem, którego przyrodzoną pozycją nie jest leżenie, lecz stanie? Ponadto na łące trzeba się przede wszystkim paść, a to absolutnie wymaga stania w miejscu ze spuszczonym łbem i wyklucza przewracanie się  do góry brzuchem. Na stojąco starczy ogona co najwyżej do omiatania zadu, z grzywy pożytek jest prawie żaden, wyjątkowo w brzuch można się celnie trącić kopytem, jeśli jakiś owadzi wampir tam się akurat wpił.

Dwie klacze, stałe użytkowniczki łąkowego pastwiska, są przyjaciółkami. Wiedzą, co to przyjaźń, i znają jej wartość. To nie ulega wątpliwości. Dzięki temu wynalazły jeszcze jeden sposób obrony przed atakami czyhających w powietrzu krwiopijców. Ustawiają się obok siebie, ale w przeciwne strony łbami, tak że ogon każdej, nadal w pełni chroniąc jej własny tył, może jednocześnie omiatać przód sąsiadki, co raz po raz czynią obie klacze z widoczną świadomością celu. Niekiedy jedna przykłada łeb do zadu drugiej,  jakby jej dziękowała.

Pytałem koniarzy, czy taki sposób opędzania się od insektów znają  wszystkie  konie, a raczej, czy koniarze wiedzą, że również innym parom koni zdarza się zawiązywać takie spółki. Umiejętność przekazywana genetycznie?  A może matka-klacz uczyła?  

Nie, mówią koniarze, o niczym takim nie słyszeli.

Wygląda na to, że przyjaciółki z łąki same dokonały wielkiego odkrycia, którego pozazdrościć może im człowiek. Poza technicznym sposobem odpędzania much odkryły naturalną wartość solidarności i przyjaznych uczuć.  

QQ

jacekbochenski

 

Szósta opcja dla Justyny, najprzykrzejsza z popsutego przez Justynę romansu i pod każdym względem dziwna, łącznie z nazwą, bo nazwana kiedyś sumienną. A to nie jest nazwa dla romansów, zwłaszcza współczesnych. Ale tak ukształtowała się w mojej głowie, gdy powstawała, razem ze staroświecką nazwą i tak już musi zostać: opcja szósta sumienna.

 

Powstawała ta opcja długo, pewnie dlatego, że była przykra i nie chciała powstać. Jej istota zawierała się od początku w jednej, podstawowej myśli: jest COŚ, czego Justyna nie może powiedzieć. A powinna, wie o tym. Ale nie może, ostatecznie więc nie mówi nic, żeby nie powiedzieć tego CZEGOŚ. Woli  zepsuć romans. 

 

Czym jest COŚ? Nie wiem. Jakimś tabu. Ni mniej ni więcej, tylko wyszło na tabu. Bądź co                bądź jest COŚ pewnym "nie wolno". Nasuwa się proste przypuszczenie, że to nie COŚ, lecz KTOŚ, kto nie życzy sobie romansu Justyny, a jest władny go zabronić. Nie można sprawy przed nim ukryć, ponieważ  ten niezwykły romans rozgrywa się publicznie.  Ale dlaczego nie można by o tym KIMŚ powiedzieć mnie?  Bo jego można ukryć przede mną? Oczywiście, tylko po co zrywać wtedy romans? Jeśli miał być i tak zerwany, ukrywanie mijałoby się z celem. Chyba że znów, jak to w romansach, logika emocjonalna wzięła górę nad formalną. 

 

Zważywszy to wszystko, trzeba jednak przyjąć, że COŚ raczej nie jest KIMŚ. COŚ to COŚ. Ale nie na pewno. COŚ może być bezosobowym CZYMŚ albo osobowym KIMŚ. Może być także splotem jednego z drugim.  Nie wiadomo, jak jest. Wie tylko Justyna, która nie może powiedzieć. Kwestia zostaje bez wyjaśnienia i będzie na tym zamknięta. Justyna nie będzie o nic pytana. Nie jest mianowicie celem opcji szóstej sumiennej zadawanie pytań Justynie o cokolwiek, lecz raczej romansopisarzowi przez romansopisarza o Justynę.  

 

Romansopisarz ogranicza się do niejako zewnętrznej analizy CZEGOŚ. Nie docieka treści sekretu. Uznaje, że nie wie i nie będzie wiedział.  Chce uchwycić funkcję oraz formę tej tajemnicy, opisać, jak sekret działa i jaką ma strukturę. A grubo mówiąc, jakie ma części składowe. Otóż są to dwie niewiadome: KTO? CO? W sumie COŚ.  Opcja szósta sumienna będzie rodzajem równania z dwiema niewiadomymi.

 

A skoro zrobiło się tak matematycznie (dziwna rzecz w romansie) oznaczmy COŚ jakimś wygodnym w użyciu symbolem, niepodlegającym odmianie gramatycznej. Narzuca się "x". Są jednak dwie niewiadome w sekrecie. Oznaczmy symbolicznie tę podwójność. Ale powstrzymajmy się od  "xy", sugerującego znów osobę. Bo tak się potocznie mówi: jakiś iks-igrek, inaczej ktoś. Nie. Do tego nie wracajmy. Z dwóch niewiadomych nie wyróżniajmy osobowej.

 

Ja decyduję o wyborze symbolu i wybieram na symbol QQ. Niech COŚ będzie QQ. Chodzi o nawiązanie do tradycji łacińskiej. QQ to początkowe litery dwóch zaimków łacińskich:  quid (co) i quis (kto). A zbliżamy się do rozwiązania romansu. Niech rozwiązanie będzie humanistyczne, skoro zawiązanie, jakże  piękne, entuzjastyczne i wiosenne, było humanistyczne i wzięło się ze szkolnego jeszcze zakochania Justyny w łacinie, a to dzięki pewnej chełmskiej nauczycielce. Ja pojawiłem się dopiero z czasem jako po trosze  łaciński autor i temat ewentualnego doktoratu.    

 

Ale do rzeczy! Do opcji! Dość wstępnych przypisów. Tu zmienia się język. Jest żywa Justyna i jest wściekła. Justynę ponosi. Tak pierwotnie miało być w opcji szóstej sumiennej. W Justynie wszystko krzyczy. Justyna nie może znieść samej siebie. Justyna klnie bez przeklinania słowem, klnie w milczeniu, które zaciska się jak żelazna klamra na czymś, co jest głęboko w Justynie, na obolałym QQ. Zaciska się i dusi.

 

Nadchodzi wreszcie moment zwrotny. Nie ten, który już kiedyś był w romansie. Nie, nie. Opcjonalny, którego nigdy nie było, osobisty moment zwrotny w Justynie. Kulminacja złości, samoudręczenia, pewności i niepewności siebie, a jednocześnie zgorszenia sobą. To nie może trwać, nie może tak dusić, to musi się skończyć. Natychmiast! I zaciśnięta klamra pęka. Powiem! - decyduje nagle Justyna. I mówi. Raczej wypluwa mi prosto w twarz, w oczy: naści, stary głupcze, masz, skoro się prosiłeś, masz tę sumiennie wycharkniętą plwocinę i rób z nią teraz co chcesz. Ach, jaka ulga! Jaka satysfakcja! Powiedziałam.  

 

Taka miała być ta długo wyczekiwana, przełomowa opcja szósta. Tak byłoby uczciwie. Ale do spełnienia tej opcji ani żadnej innej nie dojdzie, bo Justyny na to nie stać. Rzecz w tym, że Justyna jest słaba. Za słaba, żeby się wściec. Za słaba, żeby się ośmielić. Za słaba, żeby zapłacić nie tylko przykrą, lecz zgoła odrażającą cenę uczciwości, jaką uczciwość niekiedy ma. To wszystko jest ponad siły Justyny.

 

Problem polega na tym, że w istocie Justyną rządzą czarne myśli. Tak je nazywa. Dlatego strasznie mi żal Justyny, a jej pewnie żal mnie. Czarne myśli przypływają do psyche profesjonalistki-psychologa falami.  Przypływają i odpływają, a wtedy, gdy odpływają, budzą nadzieję, że nie powrócą. Ale zanim zdążą na dobre odpłynąć, już pędzi następna fala. Nigdy nie wiadomo, co właściwie jest: odpływ czy przypływ. Nadzieja, że "wszystko się ułoży", jak wyraża to Justyna, czyli nadzieja na jakieś lepsze QQ, rozbryzguje się z chlustem fali w nicość. Jedyną szansą pozostają znaki magiczne, wróżby, talizmany i zaklęcia, środki niepoważne, z których Justyna się śmieje, ale do nich lgnie. Cykl rozpoczyna się od nowa.   

 

Ostatnio właśnie jeden  się skończył , drugi rozpoczął, a na magicznym polu między nimi Justyna szukała czterolistnych koniczyn, które, jak wiadomo, przynoszą szczęście. I znalazła kilka. Rzeczywiście znalazła na rzeczywistym polu. Dwie umieściła na otwartej stronie jednego z tomów mojej  "Trylogii rzymskiej", sfotografowała i przysłała mi taką  fotografię w załączniku do mejla. W  mejlu napisała, że może jednak wszystko się ułoży, czarne myśli miną, ale na razie niestety nie mijają.   

 

W przerwie między przypływami czarnych myśli, która nigdy nie jest przerwą zupełną, bo przypływy i odpływy na siebie zachodzą i częściowo się mieszają, Justyna zdążyła być pięć dni w Rzymie. Na swoim rzadko czynnym profilu fejsbukowym, zapytana, gdzie jest, przez którąś ze znajomych użytkowniczek "fejsa", nie przeze mnie, odpowiedziała tak:

 

"Wyruszamy. Czy może już wyruszyliśmy. Nie znamy wprawdzie celu, do którego zmierzamy, obawiam się nawet, że celu nie ma i nigdy do niego nie dotrzemy, ogólnie jednak wiadomo, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, i tego bym się trzymał. (˝Tyberiusz Cezar˝, Jacek Bocheński)".

 

Czyż nie jest to jeszcze jeden z wielokrotnych powrotów Justyny po kolejnej ucieczce i zniknięciu?  Trudno tak nie pomyśleć. Są między wzburzonymi  bałwanami przypływów i odpływów mielizny, krótkotrwałe i ruchome. Justyna czasem wchodzi na te grząskie piaski, jakby przez chwilę chciała tamtędy przedostać się do mnie, jednak fala czarnych myśli nieuchronnie nadciąga i zmywa słabą kobietę, miotającą się bezsilnie wśród żywiołów. A ja nic nie mogę na to poradzić, bo z powodu QQ nie wiem, jak mógłbym poradzić i na co. Justyna, opanowana przez czarne myśli, kolejny raz traci pamięć i całkowicie obojętnieje.

 

Romans tego dłużej nie wytrzyma. Stanu rozwlekłej nijakości, a prawdę mówiąc agonii, w którym się znalazł porzucony, jak ranne zwierzę na poboczu drogi, zignorowany i sponiewierany romans, nie zniesie żadne sumienie. Także sumienie literackie.  Moim zdaniem, literatura ma takie swoje specyficzne sumienie. Ściślej: proza ma  sumienie narracyjne. Gdy autor zaczyna opowiadać jakąkolwiek historię, składa czytelnikowi obietnicę, że historia będzie się toczyć. Ustane toku historii ni stąd ni zowąd,  jakby ukradkiem i bez podania powodu, wydaje się oszustwem wobec czytelnika, nie mówiąc o lekceważeniu. Odpowiedzialność za to ponosi autor. Ma się z tego wytłumaczyć on, kiepski romansopisarz, nie zwalając winy na Justynę. Przede wszystkim musi czym prędzej naprawić błędy, które się jeszcze naprawić jako tako da, doprowadzić do jakiego takiego ładu pozostałości romansu, zebrać te szczątki do kupy, spakować i ustawić na właściwym miejscu.

 

To nie znaczy, że obowiązki i wyrzuty sumienia literackiego na tym  się kończą. Nie. Tak posprzątać nie wystarczy. Jest pytanie, czy przypadkiem autor, który z literackiego i zarazem erotycznego egoizmu wciągnął w to wszystko Justynę, nie ma czegoś do wyplucia i  sumiennego wycharknięcia. Powinien  mieć.  Ale to  już temat na kiedy indziej, bo to nie jest opcja dla Justyny, zwłaszcza szósta, której się tu trzymajmy, jak dróg do Rzymu. Justynie przysługuje jeszcze zapowiedziana swego czasu opcja siódma. Pojawi się specjalnie dla niej,  będzie prosta i o wiele krótsza  od tej.

 

W tej wróćmy na koniec do QQ. Wydaje się, że do dwóch niewiadomych należałoby dopisać trzecią, bodaj decydującą o wyniku równania: czarną myśl. Otóż czarna myśl nie ma żadnej właściwej sobie, konkretnej treści. Ma jedynie kolor. Czarny. Jest aspektem wszystkiego i niczym. Nie ma właściwej sobie substancji, ale ma pewną swoją właściwość, taką mianowicie, że wszelkie istniejące substancje zmienia w czarność. Każde Q poddane czarnej myśli równa się czarność. Także podwójne QQ równa się czarność. Jeśli do QQ dopiszemy trzecie Q, a więc samą czarną myśl jako trzecią niewiadomą, okaże się , że QQQ równa się czarność. Ale QQQ minus QQ też równa się czarność. Z rachunku wynika, że QQ, które próbuję zrozumieć i opisać, równa się zero. W ogóle QQ nie ma. Czy nie dlatego nie można było powiedzieć mi o QQ, bo go nie ma? Bo jak powiedzieć, czym jest to, czego nie ma? Jest pusta czarność, czara  myśl. 

 

I tylko żal.

 

Żal Justyny i żal po Justynie. 

 

© Blog II
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci