Menu

Blog II

Opis zdarzeń

PAN

jacekbochenski

 

 

Justyna nie może spełnić obietnicy i opowiedzieć o Charkowie. Nie ma o czym. Była tam, ale nic niezwykłego się nie działo, opowiedzieć mogłaby o pogodzie. Niby wiosna, a  po Wielkanocy spadł w Charkowie śnieg. Nastały chłody. Potem ta zima przyjechała razem z nią do Polski.    

 

Rzeczywiście, jest coś na rzeczy. Ze swoich podróży na Ukrainę Justyna wraca  jakby zimniejsza. Może tam bije źródło wzbierającej coraz bardziej oziębłości, którą w niej czuję. Spadek ciepła nie ulega wątpliwości, ale co do źródła na Wschodzie nie będę się upierał. Przecież do największego i najbardziej zaskakującego ochłodzenia doszło akurat w podróży na konferencję w Toruniu, a to nie był  kierunek wschodni.  

 

Poza tym Justyna jest nieustannie zapracowana, niemal bez przerwy przy komputerze albo przy kierownicy samochodu.

 

- Tego twojego - pytam - co to kiedyś stukał i trzeba było zabrać go do mechanika, a wciąż nie było czasu? 

 

- Tak - powiedziała.   

 

Pomyślałem, że przyczyną oziębłości może być, jak to nazywają, wypalenie w pracy, zjawisko, o którym wiele słyszymy. Mnóstwo ludzi cierpi dziś na wypalenie. Czy winien jest kapitalizm, który na przykład w Japonii, ale i w komunistycznej Chińskiej Republice Ludowej  wyciska z pracujących wszystkie siły? Do pewnego stopnia - tak, system zmusza. Jednak  ludzie zmuszają też na wyprzódki sami siebie, szczególnie młodzi, bo nauczyli się, że jeden od drugiego musi być lepszy. Czasem w  gorączkowym wysiłku, żeby to osiągnąć,  oddają całe swoje ciepło, wypalają się doszczętnie i zastygają zimni, drętwi, sztywni, czując jednak, że są nieszczęśliwi. Niektórzy przypłacają to życiem, zwłaszcza podobno w Japonii wielu kończy samobójstwami.       

 

Justyna zareagowała niespokojnie, gdy w rozmowie użyłem słowa "zamierać". Sprzeciwiła się temu słowu, bo uznała je za drastyczne. Budzi zbyt przykre i ponure skojarzenia. Ale chyba nie zrozumiała, że  nie miałem na myśli wyczerpania organizmu, lecz wyczerpywanie się romansu. Naturalny bieg rzeczy. W pewnej chwili podczas tej rozmowy powiedziała do mnie "pan". Być może nie wie, że tak powiedziała. Nie było to powiedzenie umyślne. To się jakoś tak samo nagle powiedziało i odsłoniło podświadomość. Potem już tego nie powtórzyła, dlatego sądzę, że na pewno nie chciała powiedzieć i mogła w ogóle nie zauważyć, że mówi. Wszystko znów  potoczyło się  jak przedtem.

 

Jeszcze moment i Justyna wróci do palących zajęć. Będzie opracowywać testy.  Nie mam pojęcia, co to za testy.

 

 Ach, jak strasznie szkoda mi Justyny!

   

 

 

NIE

jacekbochenski

 

 

 

Skoro po wojnie światowej nie byłoby świata, muszę założyć, że nie będzie takiej wojny. Zdanie, które by ją zapowiadało, wykluczałoby  sens wszelkich dalszych zapowiedzi na później.  Godziłoby się być ostatnim zdaniem o ludziach.  I w ogóle ostatnim pomyślanym zdaniem w momencie, gdy wybuchałaby wojna.

 

Mowa o wojnie opisywanej tysiące razy od kilkudziesięciu lat. Międzykontynentalny, zmasowany atak i kontratak nuklearny, operacja totalna, samoczynna, automat, którego, gdy zacznie działać, nie da się zatrzymać.

 

Wszystko, co w tym romansie napiszę jeszcze o przyszłości świata, poprzedzam warunkiem: to i to, na przykład miłość, może będzie, jeśli nie będzie wojny światowej. Albo: to i to, na przykład Internet, może będzie, jednak dopóty, dopóki nie będzie wojny światowej. Albo: potop demograficzny może będzie, chyba że  przedtem będzie wojna światowa, bo po niej na pewno już nie. Taki uniwersalny warunek. Jeden dla wszystkiego: będzie, jeśli nie będzie  tej wojny.

 

 W czasach pokoju zwanego zimną wojną, nie tak znowu dawnych, wiedziano, co różni zimnowojenny pokój od możliwej trzeciej wojny światowej, której się bano, bo dobrze pamiętano jeszcze drugą. O niebezpieczeństwie powszechnej zagłady atomowej nieustannie mówiono, aż temat zrobił się banalny. Ale z czasem przestano. Do trzeciej wojny nie doszło. Świat nagłym susem odskoczył od przepaści. Zaczęto raczej mówić o szczęśliwym końcu historii, szczęśliwym wprawdzie jak dla kogo. 

 

W epoce globalizacji wojna właśnie się odglobalizowała. Zamiast jednej światowej, której uniknięto, rozmnożyły się wielorakie wojny lokalne na mniejszą skalę, wśród nich pewne uporczywe, pewne efemeryczne, wielkie rzezie i ograniczone starcia, bitwy, wojny domowe, także skryte wojny, częściowe, dywersyjne, hybrydowe.

 

Istnieje pogląd, że wszystkie te wojny razem to nic innego, niż wojna światowa, która już trwa. Taka teraz jest, mianowicie w nowych  warunkach stara się udawać, że jej nie ma. I nie będzie innej wojny światowej, chociaż będą używane wciąż nowe bronie.

 

Terroryści, o których dziś bardzo głośno, zabijają  sposobami dotychczas im dostępnymi na ulicach, placach, targach lub w środkach komunikacji publicznej i budynkach względnie mało ludzi. Ale będą mogli zabijać więcej, gdy dorwą się do śmiercionośnych gazów czy bakterii hodowanych umyślnie w tym celu. Hakerzy w ogóle nie muszą zabijać bezpośrednio, padając zarazem ofiarą własnych zamachów.  Mogą powodować katastrofy w niezbędnej do życia infrastrukturze rozwiniętych technicznie krajów i pośrednio uśmiercać wielkie masy ludności, sami siedząc bezpiecznie przy swoich komputerach. Wyspecjalizowane wojsko hakerów w służbie jakiegoś państwa będzie mogło walczyć z wojskiem hakerów innego państwa czy państw. Potrafię sobie wyobrazić, że wojna cybernetyczna może światu wystarczyć do redukcji samego siebie ad minimum. Na takim rozwiązaniu światowych problemów może się skończyć.

 

Prawdopodobnie najgroźniejsi są nerwowi autokraci, idole skandujących tłumów,  oszołomieni bezmiarem władzy, jaką posiedli, i  zdolnością niszczycielskiego kliknięcia. Z tej potwornej kompetencji mogą skorzystać ni stąd ni zowąd, w przypływie podejrzliwości i strachu. 

 

Skrajnym typem takiego autokraty jest północnokoreański dyktator Kim Dzong Un, który odgraża się raz po raz Ameryce, że  wystrzeli w nią pocisk balistyczny z ładunkiem nuklearnym. Jednak znamy także skłonność amerykańskiego prezydenta Trumpa do nieobliczalnych decyzji. Wojna nuklearna Korei Północnej ze Stanami Zjednoczonymi niekoniecznie stałaby się wojną  światową. Ale byłoby do niej blisko.

 

Czy przyszłość świata może zależeć od czyjejś neurotycznej pobudliwości i nieobliczalnej decyzji? Nikt przytomniejszy nie zapobiegnie? Pewnie nawet w Korei Północnej ktoś w ostatniej chwili usiłowałby desperacko chwycić Kim Dzong Una za rękę. Ale byłoby za późno. 

 

Nie! Zakładam, że tego nie będzie. Świat jeszcze raz nagłym susem odskoczy od przepaści. Bo wciąż nie jest za późno. Niewiele w tej sprawie mogę ja, zagubiony w sieci i romansie autor,  piszący coś w mało zrozumiałym dla świata języku. Żeby chociaż nie po polsku! Mogę jako bodażej jedna ośmiomiliardowa część ludzkości oddać ważny głos: nie!!!

 

Tego zaklęcia będę się już dalej trzymał. Pomówimy o pokoju.    

TEMATY

jacekbochenski




Justyna raz jeszcze wróciła z Charkowa, ale nadal nic nie wskazuje, by powodem jej  podróży i w szczególności zagadkowych znikań było wożenie granatów na Ukrainę. Ten trop z początków romansu, gdy właściwie nie było jeszcze Justyny, okazał się ślepy. Justyna, w przeciwieństwie do siedzących z podwiniętymi nogami lub w kucki studentów doktora Mizery, siedzi czasem w pozycji medytacyjnej pijąc kawę, ale nie interesuje się przyszłością świata. Zajmowanie się czymś takim uważa prawdopodobnie za nonsens. Doraźna, mała wróżba na użytek prywatny to co innego. Świat ma  pozaracjonalny wymiar magiczny, z którego wysyła sygnały. Justyna je docenia, bo mogą dodawać otuchy. Ale one odnoszą się zawsze do losu osobistego jednostki  w konkretnym położeniu, nie do abstrakcyjnej przyszłości świata. A zwłaszcza nie dotyczą wojen. O wojnie na Ukrainie, jak zauważała nieraz Justyna, tam się nie mówi. Ludzie mają inne tematy. W Polsce też właściwie przestało się mówić o wojnie na Ukrainie. Ale temat zbrojeń, strategii, niepewnych sojuszy chodzi tu i ówdzie po naszych-polskich głowach.  Nasza-polska przyszła wojna byłaby polsko-ruska, nie światowa.  Po światowej nie byłoby świata.

Ja-Polak myślę, że my-Polacy możemy mieć w tej sprawie rację.

CHIŃSZCZYZNA

jacekbochenski

 

 

 

Socjalizm ma jeszcze inną szansę oprócz prawicowego populizmu: chińską. W tej wersji jest faktycznie kapitalizmem z władzą polityczną postmaoistów. Ale udaje, że spełnia rewolucyjny zamiar legendarnego Mao, kontynuując niby jego dzieło w interesie i z woli ludu. A powieka mu ani drgnie. Nie wiem, co ta władza w istocie mówi po chińsku ludowi, ale trzeba przyznać, że nie ma zachodnich kłopotów z demokracją, wyborami, mediami, i tak dalej. Cierpliwy lud chiński pracuje, a Chiny się bogacą i to one już prawie-prawie rządzą światem.

 

Taki rodzaj socjalizmu (w rzeczywistości bezlitosny kapitalizm plus dyktatura mianowańców) sprawdza się w praktyce. Natomiast populistyczny miraż socjalizmu prawicowego funkcjonuje z powodzeniem w moim romansie, ale realnej skuteczności nigdzie na razie nie okazał.

 

Czy jednak oba typy są od siebie tak dalekie?  Pominąwszy pustosłowie ideologiczne, różne u obu, widać doskonale podobieństwo tego, co istotne. Przykład: zarówno w projekcie polskim jak i w realizacji chińskiej sednem rzeczy jest połączenie kapitalistycznej ekonomiki z reżimem autorytarnym oraz marchewki z kijem zamiast demokracji. Różnica między dwoma modelami polega na tym, że Chiny mają do dyspozycji dość marchewki, a PIS w Polsce niekoniecznie, i że kij chiński jest zaiste nie w kij dmuchał, gdy kij PISowski w Polsce wydaje się wciąż problematyczny, za słaby nawet na czarne parasolki kobiet, nie mówiąc o tłuczku do mięsa.          

 

Ale Polska Polską. Nie ona liczy się w kwestii przyszłości świata. Socjalizm na sposób chiński liczy się poważnie, jak wszystko, co roztacza wokół siebie czar sukcesu.  A tu rzuca urok i kasa nielicha, i siła fizyczna. Co zaś najważniejsze, w krytycznej chwili, czyli - nie owijając w bawełnę - gdy Afryka zerwie tamy i być może z częścią Azji, ewentualnie też z udziałem jakichś południowoamerykańskich Latynosów chluśnie miliardami ludzi na resztę świata, wtedy socjalistyczny kolos chiński, zwłaszcza jeśli będzie już na dobre rządził światem, potrafi przyhamować potop. Użyje właściwych mu narzędzi, a więc  przemocy i środków rażenia, bo walka potoczy się już na śmierć i życie. Lecz kolos chiński skorzysta dodatkowo ze swych wpływów psychologicznych. Nie jest mianowicie Zachodem. Nie jest winien zbrodni kolonializmu. Reprezentuje upośledzoną ludzkość i może sam się przedstawić jako rewindykator zadanych jej krzywd.

 

Siłowo-psychologiczna chińszczyzna wygląda mi na prawdopodobną przyszłość świata, co nie znaczy, że jedyną możliwą.       

FLOTYLLA

jacekbochenski

 

 

 

Mądrzy ludzie mówią, że końca świata nie będzie mimo oznak schyłku. Symptomy zbliżającego się kresu ludzkości lub cywilizacji, jeśli nie kosmosu, dostrzegano niejednokrotnie w przeszłości. Różnie się objawiały i nigdy nie sprawdzały. Tak będzie i teraz, mówią mądrzy ludzie.

 

Nikt jednak nie twierdzi, że świat nie doznawał potężnych katastrof, z których wychodził zmieniony. Taką ewentualność wyobrażamy sobie w koszmarnych snach i utożsamiamy z końcem świata, bo za świat uważamy "nas". Otóż  "my-Zachód" bylibyśmy w przełomowej chwili bez szans. Siły i rozmiary zmagających się z sobą żywiołów będą nieporównywalne. Jeśli jednak słowo  "my" znaczy tylko "my-Polacy", to takich "nas" w ogóle nie obchodzi świat. Takich "nas" obchodzą Niemcy i Rosja, ponieważ my z dziada pradziada mamy swoje położenie geopolityczne. Uchodźcom wstęp do nas jest wzbroniony, możemy się za nich pomodlić, skoro papieżowi Franciszkowi tak na nich zależy, ale potopu się u nas nie przewiduje.  Samiśmy sobie arką, ot co!  

 

Nie tylko zresztą w Polsce dzięki geniuszowi Prezesa powstał zbawczy pomysł  budowania suwerennej i dumnej arki narodowej w obliczu potopu. Boć to i jakaś taka brytyjska arka jest w projekcie, do której wstęp wzbroniony będzie zwłaszcza Polakom. I francuska, co prawda mocno nadłamana  już w trakcie budowy. Ale też  całkiem spora amerykańska arka pod imieniem "America first"  jawi się na horyzoncie, nie mówiąc o pałętających się gdzieniegdzie dumnych i suwerennych maleństwach. W sumie tworzą te arki dość dziwną flotyllę, począwszy od małej węgierskiej, chronologicznie pierwszej. Ale polskiemu Prezesowi w to graj, gdyż taki światowy, a co najmniej europejski rozgardiasz, zwany teraz lokalizmem, sprzyja utrzymywaniu autorytarnej władzy na poszczególnych jednostkach pływających. Nikt z zewnątrz nosa nie wścibia, jak w nieznośnym globalizmie, który tymczasem dopiekł  tylu biednym ludziom.  I rzeczywiście, może budowa naszej-polskiej arki narodowej skończy się na budowie populistycznego socjalizmu w warunkach dyktatury. Ale nie tylko w jednym kraju, bo w jednym, jak wiadomo, nie wychodzi.  Nawet Stalinowi. Gdyby jednak porwani populizmem ludzie masowo uwierzyli, że nowy, prawicowy socjalizm da im więcej dóbr,  a on faktycznie dałby znowu to, co poprzedni  komunistyczny, czyli zubożenie, spadek globalnej produkcji i konsumpcji, im gdzie wyższa, to może cały świat, skazany na śmierć zarazem z głodu i przejedzenia, jednak by ocalał. Może transkontynentalny potop wyglądałby inaczej  w świecie sprawiedliwiej podzielonej biedy. Może więc taką przyszłość ma świat i takimi krętymi drogami do niej zmierza. 

 

Ja, co prawda, w nią nie wierzę, a zwłaszcza w te drogi. Prezes o ich możliwym celu  zapewne nic nie wie i poprzestałby na własnej dyktaturze. Ale w tym przeszkodzi mu kobieta, która tłuczkiem do mięsa uderzyła już w przykrywkę do garnka. 

        

A potop jeszcze nie zaraz i końca świata nie będzie, jak mówią mądrzy ludzie, mądrzejsi w każdym razie ode mnie. 

 

© Blog II
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci