Menu

Blog II

Opis zdarzeń

PACZKA

jacekbochenski




Moje metro w Warszawie. Wojny nie ma, a może być niebezpiecznie, jak prędzej czy później będzie.

Delikatna aluzja do przyszłości: metro nieczynne. Wejścia zamknięte. Pustka, głusza. Na peronie leży paczka. Ktoś zaalarmował służby. Policja zamknęła stację. Weszli podobno saperzy. Trwa sprawdzanie. Policja nie wpuszcza pasażerów, którzy zgromadzili się przy wejściu i zaglądają przez szybę, trochę niepewni, ale cierpliwi. Chcieli jechać.  W  dwudziestym pierwszym wieku nie mają, oczywiście, czasu.   

- Jakaś pierdoła zapomniała paczki - mówi jeden z nich akurat do mnie, jakby umyślnie po to, żebym w jego języku mógł zauważyć piękne połączenie dwóch jakości: przyszłościowej  i historycznej. Przyszłościowa, mocno zakorzeniona  we współczesności, to "pierdoła". Otóż jeśli utrzyma się  dotychczasowy kierunek rozwojowy języka mówionego Polaków, w ich przyszłym słowniku pozostaną tylko takie swojskie wulgaryzmy.  Inne słowa, coraz mniej używane, wymrą.   

Ale ten człowiek powiedział, że pierdoła zapomniała paczki, a więc czegoś. Fiu-fiu! To właśnie jest zachowana w nowoczesno-przyszłościowym powiedzeniu o pierdole jakość historyczna, zgodna z normą. Tak powinno się powiedzieć. Po polsku zapomina się czegoś. Tymczasem większość żyjących obecnie Polaków zapomina już coś, podobnie jak dokonuje coś, broni coś, przestrzega coś i oczekuje coś, na przykład otwarcie stacji metra przez  policję, jeśli nie wręcz otwarcie stację. Bo i taką składnię coraz częściej słyszę.

W ogóle ciężkie czasy nastały dla dopełniacza. Ledwo biedak żyje, wyzuwany stopniowo z prawowitych funkcji, jakie spełniał w polszczyźnie, między innymi wobec rządzących nim czasowników. Ale chyba jeszcze gorzej dzieje się celownikowi. Ten bywa mylony nawet z mizerotą dopełniaczem i przybiera czasem bezsensownie jego brzmienie, jakby sam był ledwo znanym z widzenia nie wiadomo czym, nie wiadomo gdzie pasującym i w praktyce pośpiesznego mówienia całkiem już niezachęcającym do użycia. Wszystko to wróży zapewne, że w przyszłości język polski zatraci zdolność odmiany przez przypadki. Będzie się mówiło "pierdoła zapomniała paczka". Ale jeśli zanik odmiany obejmie też czasowniki, powie się może coś takiego : "pierdoła zapomnienie paczka".

- Zapomnieć to można parasolki, nie paczki - mówi na razie oczekujący otwarcia pasażer.

I doczekał się szczęśliwie. Policjant z policjantką otwierają wejście.

- Paczka sprawdzona i zabrana. Nic groźnego. Można wchodzić.

Bezpiecznie wchodzimy i jedziemy metrem ku przyszłości świata. Czy dzięki językowi przyszłość nie wydaje nam się jednak trochę śmieszna?         

ALE

jacekbochenski

 

 

Justyna jednak czyta. Jest. W krytycznej chwili,  gdy właśnie miałem "zaznaczyć wszystko" i nacisnąć DEL, by skończyć z romansem, zapobiegła temu nieoczekiwanym sprzeciwem. A już publiczność, wyraźnie ożywiona, zaczęła małymi grupkami wracać na miejsca w  nadziei, że spektakularny akt samozagłady twórczej będzie odegrany na scenie. Coś wreszcie się stanie w niemrawym romansie.  Autor sam sobie ukręci łeb. Rozległy się nawet pojedyncze oklaski.

 

- Brawo, brawo! Kończ z Justyną! Sama o to prosi. I słusznie!

 

Tymczasem Justyna odezwała się  z nicości na początek jednym słowem, ale bardzo dobitnym, cokolwiek znaczyło:

 

- Nieprawda!

 

To na pewno był sprzeciw. Być może dotyczył tylko tego, kto nie odbierał czyich telefonów. Nastąpiły zwięzłe informacje. Nosi w torebce  moją starą książkę i czyta, kiedy ma przerwę w pracy. Teraz pojedzie znowu na dłuższy czas do Charkowa. Marzec się nie udał.  Przeżyła straszne rzeczy. Można powiedzieć, dramatyczne. Pokłada nadzieję w kwietniu.

 

Po otrzymaniu tego mejla, zamiast zaznaczyć wszystko w komputerze i skasować Justynę, zadzwoniłem do niej. Odebrała. Ucieszona, śmiała się po swojemu, jak w momencie największego zapału przed rokiem.  Ale tylko przez chwilkę mogła rozmawiać, bo to było koło południa, w godzinach pracy. Umówiliśmy się na rozmowę wieczorem. Powiedziała, że wtedy będzie swobodna w domu.

 

Wieczorem zadzwoniłem po raz drugi. Tak,  potwierdziła, jest u siebie w domu.

 

- W Chełmie? - wolałem się upewnić.

 

- W Chełmie, ale zbieram rzeczy do Charkowa. Będę pakować. Rozłożyłam w pokoju torby.

 

- Już? To kiedy jedziesz?

 

- Jutro rano.

 

-  Na dłuższy czas czyli na jak długo? Na kilka miesięcy? A może na kilka lat?

 

- Nie. Chciałabym, ale o tym nie ma mowy. Na dwa, trzy tygodnie. Mam nadzieję, że odpocznę trochę.

 

- Niepokoją  mnie te dramatyczne rzeczy, które przeżyłaś. Co to było?

 

- Kryzysy.

 

A myślałem, że to ja przeżywam kryzys twórczy, właściwie klapę zupełną z romansem.

 

- Kryzysy? - zapytałem. - Jakie kryzysy? Nieszczęście może dotknęło nie ciebie, tylko jakąś inną bliską ci osobę?

 

- I tak, i nie.

 

- Aha. To na jakim tle były kryzysy?

 

- Były różne. W pracy.

 

- Ale na czym to polegało?

 

- Na poczuciu, że nie jestem dość zdolna, by sprostać zadaniom. Zmieniłam nawet miejsce pracy. Mam nowe.

 

- Tak już było - zauważyłem.        

 

 

Nie odpowiedziała na to. Chciałem dowiedzieć się czegoś więcej o tych kryzysach. Próbowałem dalej pytać.

 

- Psychoanalizy nie będzie - powstrzymała mnie.   

 

Oczywiście, pomyślałem, już nie te czasy.

 

W pewnej chwili dodała jeszcze potem jakby nawiasowo, że oprócz dramatycznych przejść  w pracy miała też osobiste. Tak się wyraziła. Tym słowem nazwała te drugie.         

 

- Przepraszam - powiedziała. - Będę rozmawiać i zbierać rzeczy. Nie tylko dlatego, że mam się spakować do podróży. Podczas dłuższej rozmowy muszę zawsze chodzić. Nie mogę usiedzieć. 

 

Już chodząc zmieniła temat.

 

- Tu mi wszyscy znajomi mówią - roześmiała się - żebym w Charkowie uważała, bo na Ukrainie wojna i jest niebezpiecznie. A tam życie toczy się spokojnie.

 

- W Charkowie - powiedziałem. - Dobrze, Justyno. Czy opowiesz mi coś o Charkowie po powrocie?

 

Obiecała, że opowie.   

KONIEC

jacekbochenski


 

- Dziś już niczego nie czyta się do końca - zauważył historyk podczas debaty, której się przysłuchiwałem siedząc wśród publiczności. Napomknął to mimochodem, bo debata toczyła się na inny temat, ale mnie właśnie ta uboczna wzmianka utkwiła w głowie najgłębiej ze wszystkiego, co powiedzieli tam profesorowie historii. Zajmują się historią najnowszą, a to z niej widać pierwsze zarysy nadchodzącej przyszłości, którą zajmuję się ja - wróżbita w Blogu Drugim. Konstatacja, że niczego już nie czyta się do końca, może być dla mnie ważną wskazówką. Jak wobec tego będą czytać ludzie w przyszłości? Może wcale nie będą. Nam trudno się z tym pogodzić, ale czyż nie mogą pobierać informacji i przekazywać sobie wyobrażeń inaczej, w mniej zawiły sposób, niż jesteśmy przyzwyczajeni od tysięcy lat? Niekoniecznie hieroglifami, malowanymi znakami chińskimi, mrowiem liter, tylko jakoś prościej, krócej i w większych ilościach  naraz. Bo głównie, zdaje się, chodzi o to, że nie ma czasu, dlatego nie czytają do końca. Muszą po łebkach. Coś tam się złapie i do widzenia. Potrzebne byłoby od razu wszystko zawarte w niewielkim kawałku.

 

Moja intuicja kazała mi już jakiś  czas  temu zacząć pisanie kawałkami i tak stałem się romansopisarzem na blogu. Piszę blog, a blog z natury jest w kawałkach. Blogu można nie czytać do końca, nawet się nie da, bo on z reguły nie ma końca, co najwyżej wyjątkowo. Blog zawsze jest odkładany na jakieś później, do następnego razu. Albo kończy się za każdym razem, wolno też  tak uznać, jeśli ktoś chce.

 

Ale skoro niczego nie czyta się do końca i najprawdopodobniej nigdy się już nie będzie, można też nie pisać do końca, bo po co? Dlaczego mam do końca pisać romans?  Nie lepiej ni stąd ni zowąd przerwać? Jak czytanie? Uff!  I już. Po czytaniu. Po romansie.

 

Zdaje się, że Justyna, która ni stąd ni zowąd znika, a zawsze sprawiała na mnie wrażenie  kobiety liczącej się z magią, daje mi od dawna magiczne znaki: już nie pisz, na dalszy ciąg nie ma czasu, zaczęła się przyszłość, jesteś niepotrzebny ze swoim romansem, przerwij byle gdzie i nie kończ. 

 

Panie Doktorze Mizera! Świat ma przyszłość, proszę powiedzieć studentom, ja nie mam.

 

      

 

ARKA

jacekbochenski

 

 

Kiedy potop? Za pięć lat czy za pięćdziesiąt? Wtedy, kiedy uchodźców nie będzie ileś tam tysięcy ani nawet kilka milionów, lecz miliard. I kiedy przestaną się nazywać "uchodźcy" czy "imigranci", bo sami już nadadzą sobie nową  nazwę, a "my" wiele w tej sprawie nie będziemy mieli do powiedzenia. Ale to wszystko jeszcze się zobaczy.

 

Na razie nie łamiemy sobie głowy potopem demograficznym, bo porobiliśmy sztuczne tamy, które chwilowo nam wystarczają. Raczej ci ludzie usiłujący się do nas przedostać z Afryki i Bliskiego Wschodu sami toną w morzu,  niż zalewają nas prawdziwie groźnym ludzkim potopem. Jeśli są żywi, to odgrodzeni od nas tamami. Siedzą stłoczeni w kotłach, bądź to jeszcze rodzimych, bądź to już uchodźczych naszej roboty. Wszędzie narasta w nich desperacja, wściekłość i nienawiść.  

 

My natomiast mamy w swojej, szczęśliwszej części globu inny fundamentalny problem, zdaniem nie wszystkich nas wprawdzie, lecz wielu: jak mianowicie w nowych czasach, pod bokiem wzbierającego miliarda lub wkrótce miliardów podzielić się między sobą na dumne i suwerenne narody. A w istocie może na dumne i suwerenne rządy poszczególnych autokratów. To nie jest prognostyk. To jest fakt. W nim żyjemy.     

 

Teraz prognostyk. Wszystko wskazuje, że w najbliższej i średnio bliskiej przyszłości  Ziemia będzie się przeludniać. Ale nierównomiernie. Przyrost ludności w zamożnych rejonach świata pozostanie mały lub żaden, niekiedy ujemny, w ubogich zawrotny. Ktoś z mojej publiczności internetowej przytoczył mi fragment wywiadu, jakiego amerykański ekonomista Jeffrey Sachs udzielił Sławomirowi Sierakowskiemu.  Przedstawia się tam następujący szacunek: "Podstawowa prognoza dla ludności Afryki zakłada czterokrotny wzrost do końca tego stulecia, a więc 4 mld ludzi". Od siebie dodam, że te  afrykańskie cztery miliardy na koniec wieku to więcej niż połowa obecnej ludności świata. "W Europie - mówi Jeffrey Sachs - będzie wówczas około 400 mln Europejczyków" . To znaczy, że licząc wszystkich łącznie z najliczniejszymi Rosjanami, na jednego "naszego" przypadnie dziesięciu Afrykańczyków, pretendujących zawzięcie do życia. A gdzie niezgorsi też pod względem dzietności Azjaci?

 

Jedni i drudzy będą, oczywiście, toczyli wojny. Nie azjatycko-afrykańskie i nie światowe z nami, za trudne i za kosztowne, lecz przede wszystkim najrozmaitsze lokalne. Wielu w nich zginie. Nas, rajski i znienawidzony "świat białego człowieka" albo "pierwszy świat", jak do niedawna  mówiliśmy o sobie, będą atakować od przypadku do przypadku wypadami fanatycznych formacji w rodzaju Al- Kaidy czy Państwa Islamskiego, co i teraz robią. Wyślemy przeciw nim być może jeszcze kilka razy ekspedycje zbrojne. Pokonamy te efemeryczne formacje lub nie, jednak po każdej takiej interwencji nasze położenie i widoki na przyszłość okażą się tylko gorsze.

 

Na pewno nie ustaną zamachy terrorystyczne w wykonaniu grupek albo pojedynczych ludzi. Furiaci żądni wymierzania sprawiedliwości mordowaniem, kogo się da, znajdą się zawsze wśród niepodejrzewanych o nic takiego, "normalnych" Europejczyków, miłych i mówiących sąsiadom dzień dobry. To też znamy z doświadczenia. Ale zaciekłe organizacje bojowe i prądy ideologiczne, niekoniecznie o podłożu religijnym, dziś głównie islamskim, będą powstawać wciąż od nowa jako produkt uboczny dramatu antropologicznego, nędzy, przeludnienia i samozniszczenia kontynentów.

 

Dotychczas celem agresji, terroru i okrucieństwa fanatyków, o których mowa, były  przede wszystkim ich własne terytoria, "my" tylko marginalnie, w odwecie za jakieś  nasze przestępstwa, bombardowania lub świętokradztwa. Masowo natomiast ofiarą wojen i zamachów pada ludność tamtych krajów. Przerażona ucieka i to takich uchodźców wyławiamy z morza u brzegu Włoch czy Grecji, widzimy za drutami obozów i bardzo się boimy, notorycznie myląc ofiary terroru z terrorystami, od których właśnie udało się im uciec.                                     

 

Tak więc jest i prawdopodobnie tak przez pewien czas jeszcze będzie. Ale niezbyt długo, bo ogólnie świat przyśpiesza, zmiana goni zmianę, a przed końcem stulecia z czterema miliardami Afrykańczyków zajdą nie raz jeszcze niespodzianki polityczne, naukowe, techniczne lub klimatyczne, o których nam się nie śni. Będzie inaczej, niż potrafimy rozumnie albo panicznie wywnioskować z tego, co jest.

 

Wojujący islam wydaje się dziś najbardziej prawdopodobną siłą realną i najskuteczniej przemawiającą inspiracją do względnej większości Ziemian na planecie. Rozwścieczony islam, obawiamy się,  byłby zdolny przełamać nasze tamy i wyrównać poziomy. Obawiamy się, bo w głębi naszych jaźni jesteśmy świadomi, że tamy pod coraz większym ciśnieniem muszą kiedyś pęknąć, a pokrywy znad kotłów  wylecieć w powietrze. Wolimy tylko o tym nie mówić.

 

Otóż wcale nie byłbym pewny, że islam utrzyma się w obecnej  formie do końca wieku. Nie wiadomo, co w wirze zmian historycznych, w tym nieustannym crescendo zdumiewających obrotów rzeczy stanie się w ogóle z religiami. Może się utrwalą i nabiorą znaczenia, jak w średniowieczu, może wprost odwrotnie. Umiem sobie wyobrazić jakąś nową religię świecką, na przykład rozpowszechnioną przez przyszły Internet wersję czegoś na podobieństwo marksizmu. Takich porównań muszę używać z braku terminów nazywających fenomeny, których jeszcze nie ma. Ale właśnie coś, czego jeszcze nie ma, może zastąpić islam i rozszerzyć się błyskawicznie jak pożar, gdy mieszkańcy upośledzonych kontynentów  rozczarują się do islamu, bo za wiele już udręk im zada.  Linie konfrontacji między "nami" i nimi mogą się wtedy zmienić i ułożyć bardzo dziwnie. Tamy jakoś tam puszczą, ale jak?  Wylew jest nieunikniony, ale czy to musi być potop? A jeśli tak, czy jest dla nas jakaś arka? Jakiś Noe?

 

To zależy od nieskończenie wielu niewiadomych. Ciśnie się mnóstwo pytań, wśród nich jedno takie: czy renesans rozumu nastąpi w świecie, a raczej czy nastąpi na czas? W tej chwili przeważa niewątpliwie i kształtuje losy świata chaos emocji, obdarzanej ostatnio już nie tylko przez polityków, lecz i badaczy większym respektem niż rozum. Warunki na kontynentach, zasoby, narzędzia kontroli i wiedza tak się ułożyły, że rozum nie ma z emocjami praktycznie  szans.  Pewien szczególny mutant demokracji urodził się w cywilizacji Zachodu. Cechują go zwłaszcza: egalitaryzm, ale kulturalny, nie społeczno-materialny, podporządkowanie mechanizmu wyborczego potrzebom show-biznesu , relatywizacja prawy i fałszu. Wszystko jest wzajemnie powiązane i od siebie zależne. Węzeł wydaje się nierozwiązalny. Sytuacja sprzyja uzurpatorom. - Ja jestem Noe - zawoła ktoś taki. -  Mam dla was arkę, dumny i suwerenny narodzie. Kocham was. Wszystko przewidziałem i zrobiłem, co trzeba. Odciąłem się razem z wami od świata. Ja, wasz Noe,  wasz książę udzielny i król, odciąłem od świata nasze dumne i suwerenne ksiąstewko. Zamknąłem je przed całą tą obcą hołotą dokoła. Na bramach naszych wywiesiłem napis "wstęp wzbroniony". Jesteśmy bezpieczni, ale to bardzo-bardzo bezpieczni. Mamy w nosie potop.

 

PODSUMOWANIE

jacekbochenski

 

 

Mam więc punkt odniesienia. Ten moment, gdy demonstrantka z tłuczkiem uderzyła w pokrywkę do garnka. Wybrałem go na punkt odbicia. Od niego zaczyna się najbliższa przyszłość, którą wyróżniam spośród rozmaitych możliwych, ponieważ w teraźniejszości ona jest najbardziej przez ludzi oczekiwana. Rozumiem ich, sam się niecierpliwię, ja-wróżbita. Ale mam też inne punkty odniesienia dla innych rachub czasu, innych dystansów i przedmiotów rachunku. Takim punktem są aktorzy i teatr, może wręcz Witkacy w Zakopanem, tego jeszcze nie wiem dokładnie, na pewno wolność. I na pewno doktor Mizera, który mi wymyślił temat do romansu. Na pewno  jego studenci, siedzący w kucki na  seminarium. Oczywiście, główny i niezmienny punkt: Justyna z jej tajemnicą, doktorantka, która, obawiam się, coraz mniej z tego tematu rozumie, ale sama ciężko przeżywa swoją tajemnicę, dlatego jej nie ma. Nie można pominąć drzew. I nie można pominąć tego licealisty, który kilka lat temu w obecności doktora Mizery zapytał mnie, co myślę o transhumanizmie, gdy mówiłem o antyku, a ja odpowiedziałem, że nie wiem, co to jest transhumanizm. Bo nigdy przedtem o nim nie słyszałem.

 

Nie można pominąć transhumanizmu.  

© Blog II
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci