Menu

Blog II

Opis zdarzeń

POKOLENIE

jacekbochenski



Justyna utraciła bazę danych z numerami  telefonów. Na Facebooku jest post: przytrafiło się na jej stronie to, co się przytrafia  w Internecie, dane znikły, a ona należy do nieogarniętego pokolenia. Pierwszy raz coś takie togo słyszę. Myślałem, że to absolutna indywidualistka. Jednak nie. Pierwszy raz utożsamia się ze zbiorowością, z jakimś "nieogarniętym pokoleniem".  I bardzo prosi:  kto jest zainteresowany kontaktem telefonicznym z nią, niech poda swój numer. Zgłosiłem się. Jestem zainteresowany.  


   

AMOK

jacekbochenski


Niemcy nie wybiorą nowego Hitlera, bo nie mają powodu. Nie mają go dziś i nie zaczną mieć od najbliższego jutra, które nas interesuje. Jeśli potrzeba zmiany, szerząca się w Europie i w europejskiej pochodnej na innych kontynentach czyli na umownym Zachodzie, ogarnie także Niemcy, może być zaspokojona w inny sposób, bez ryzyka nieobliczalnych skutków. I zapewne w Niemczech tak będzie.

Społeczeństwa krajów cywilizowanych z rozwiniętymi instytucjami demokratycznymi muszą popaść w pewien szczególny amok, żeby przywództwo nad nimi mógł nagle objąć bezczelny schlebiacz, szarlatan lub czujący się demiurgiem obsesjonat z wizją. Niekiedy ktoś jeden łączy w sobie wszystkie te cechy i uzyskuje hipnotyczny wpływ na ogół. Być może połączenie autentycznej wiary we własną wizjonerską misję z cynizmem schlebiacza i szarlatana decyduje o takich niezwykłych sukcesach. Fantastyczną charyzmą zniewala ludzkie głowy osobnik skądinąd, wydawałoby się, przeciętny. To był przypadek Hitlera. Jednorazowy.

Ale i później różne zdumiewające kariery dyktatorów czy innych antydemokratów, nie tak makabryczne i o mniejszym ciężarze gatunkowym, gdziekolwiek by się pojawiały, nawet w Stanach Zjednoczonych, dochodziły do skutku dzięki podobnym amokom. Jest to w gruncie rzeczy identyczny tryb wprawiania mas w odurzenie. Można powiedzieć zgodnie z duchem czasu: to mechanizm promocyjny, wzbogacony dziś nowymi wynalazkami, doświadczeniem telewizji, rynku showbiznesowego i triumfów rocka. Efekty takich szałów są nieprzewidywalne, a same ich wybuchy właściwie też.

Dlatego sto pięćdziesiąt zabezpieczeń strukturalnych i prawnych może chronić konstytucyjny ustrój Niemiec przed recydywą autarchii, nacjonalizmu czy rasizmu pod nowymi postaciami, ale te zabezpieczenia  działają, póki ludzie są przytomni, a rozum  funkcjonuje. W przystępie szału ludzie burzą struktury i mało liczą się z prawem.

Jest większe prawdopodobieństwo, że człowiek pozostanie przytomny, niż ewentualność, że oszaleje. Niemcy więc z tęsknoty za zmianą nie wypromują nowego Hitlera.  

Ale tak to wygląda z racjonalnego punktu widzenia, w który staram się niezachwianie wierzyć w epoce amoków. Logika istnieje, coś z czegoś wynika, jest przyczyna, jest skutek, i tak dalej. Tymczasem naokoło krzyczą, że nie. Emocje! One rozstrzygają, nie logika. One rządzą światem, którego istotą jest chaos i przypadkowość. Emocje ukształtują przyszłość tego kotłowiska czyli świata, proszę autora. A ty nam tu opowiedz, autorze, jaka ona  będzie, hę? Będzie wolność czy nie będzie?  

Pytają o to aktorzy od Witkacego w Zakopanem, ale i tysiące demonstrantów, którzy w miastach polskich, jak się mówi, wychodzą na ulicę. Nie tylko zresztą w polskich, bo także na przykład w Nowym Jorku. I w Berlinie. Nie wiadomo, kiedy i gdzie popadną w jaki amok.         

Trudną do racjonalnej obrony, lecz głęboko zakorzenioną, atawistyczną emocją nas-Polaków jest banie się Niemców i możliwego powrotu Hitlera, twierdzę ja-Polak.  Hitler uosabia Niemcy, ja nas-Polakow, co w obu wypadkach jest  prawdą wątpliwą. Zwłaszcza co do mnie, bo przybrałem pewną rolę dla celów literackich, wczuwam się w nią i boję się, jak wszyscy my-Polacy.

Zaraz, zaraz…Boję się naprawdę czy udaję, że się boję? A czy to teraz ma znaczenie? W czasach rozumu była może różnica, ale dziś? Dość, że mówię o takim swoim strachu, nikt nie będzie go weryfikował, od wyniku weryfikacji nic nie  zależy, my-Polacy chętnie uwierzymy. Bo strach przed Niemcami, emocja nasza-polska, jest skąd nasz ród. I przecież dzisiaj wszyscy trochę sami przed sobą udajemy, przybieramy rolę "kulturową",  trochę się Niemców boimy, ale trochę już nie. Jednak na tym strachu trzymała się w pewnej mierze Polska podporządkowana Związkowi Radzieckiemu. Z tego strachu korzystał też częściowo PIS ugruntowując swoją władzę zdobytą, notabene, w następstwie jednego z amoków, który tym razem ogarnął nas-Polaków.   

Jakich nas-Polaków - sprzeciwi się ktoś - od kiedy jest PIS, nie istniejemy już my-Polacy,  jesteśmy podzieleni, my i oni, prawdziwi Polacy i ci drudzy, którzy tylko uważają, że są Polakami, ale, zdaniem tamtych pierwszych, nie nadają się na Polaków.

Niech będzie, jesteśmy podzieleni. Zostawmy chwilowo na marginesie tę sprawę z kategorii amoków. Ja, niezachwianie wierząc w rozum, mam teraz pewien zamiar. Spróbuję obronić racjonalnie naszą-polską emocję kulturową, która, twierdzę, jakoś tam łączy nas prawdziwych i  nieprawdziwych, chociaż u jednych i drugich wygląda  nieco inaczej. Ale jest to bądź co bądź coś wspólnego przynajmniej w sferze podprogowej.  Straszy nas upiór Hitlera.

Czy on może wrócić wskutek aberracji Niemców, ku ich uciesze? Myśl wydaje się niedorzeczna. Ale Ameryka, jak słyszymy, ma stać się znowu wielka, bo widocznie jest mała. Biedna Polska wspierając się na Prezesie wstała z kolan i od razu  jest większa, a jaka jeszcze będzie, gdy się dłużej tak powspiera!  A jakie dopiero mogą być Węgry wspierając się na Putinie! Nawet Wielka Brytania spodziewa się przyrostu wielkości po opuszczeniu  Unii Europejskiej. Nie wiadomo, czy Francja nie stoi w kolejce. Krótko mówiąc, takie są przesłanki na przyszłość. America great again. To czy  nie może być Deutschland wieder groß?

Jutro jeszcze nie. Ale jest możliwa taka logika amoków, że z czasem w jej wyniku nowy Hitler okaże się pożądanym zbawcą, a stary zostanie zrehabilitowany. Opowiem o tym.       

HITLER

jacekbochenski


 

Człowieku -  stukam się w głowę -  co ty bredzisz? Jaki Hitler? Niemcy od dziesiątków lat na samo jego wspomnienie dostają gęsiej skórki lub otrząsają się ze zgrozą i złością, tak ten mąż opatrznościowy tysiącletniej Rzeszy dał się im we znaki. Gdzie jak gdzie, ale u Niemców drugi taki zbawca jest bez szans. A gdyby miał to być ktoś w Europie na miarę Hitlera, o jego potencjale i znaczeniu, musiałby zostać wyniesiony na niezbędną wysokość przez ideologicznie podniecone masy w jakimś kraju równym wielkością co najmniej dzisiejszym Niemcom. Jednak drugich Niemiec nie ma, a domniemany nowy Hitler nie powstałby w Holandii czy Grecji. Dyktatorkowie z małych krajów mogą niewiele więcej niż się w nich okopać, aby nikt z zewnątrz nie przeszkadzał zaprowadzeniu tam odpowiedniego porządku, i w tych dogodnych warunkach utrzymywać swoją lokalną władzę. Na tym kończy się ich rola, chociaż obecny klimat sprzyja, by wyrastali w najbliższym czasie jak grzyby po deszczu. Ale żaden nie wstrząśnie światem, a wszyscy razem, każdy w swoich okopach, też nie, co najwyżej potarmoszą się trochę nawzajem. Chyba że jednak cudem stworzony zostanie w Niemczech jakiś Hitler. Sęk w tym, że dyktatorzy typu faszystowskiego niszczą, co prawda, demokrację, gdy rządzą, ale zdobywają władzę praworządnie w demokratycznych wyborach. Hitler musiałby raz jeszcze po osiemdziesięciu pięciu latach zostać tak wybrany przez Niemców.

 

Niby jak ci pomniejsi kandydaci na autokratów, raz po raz gdzieś wybierani.

 

Jeśli oni mogą, skąd pewność, że nie może  Hitler?           

PIEKŁO

jacekbochenski



Można o przyszłości świata zacząć od drugiego końca, od ludzi, nie drzew. Obrać ludzki punkt widzenia i liczyć przyszłość, jak wszyscy, od najbliższego jutra. I z miejsca chwycić byka za rogi, a to znaczy zacząć z całą determinacją od piekła, ma się rozumieć, piekła polityki. Bo jeśli coś dotyczy wszystkich i  z wyprzedzeniem stanowi o względnie bliskiej przyszłości wszystkich, to chyba piekielna polityka, nie nasze zamówienia z karty dań, jaką wydaje się teraźniejszość, zwłaszcza gdy siedzimy przy stole i myślimy, że zawsze będziemy tak siedzieć.           

Nachodzą nas czasem przelotne myśli o przyszłości, zazwyczaj koszmarne. Ciekawa rzecz: z przeszłości też wybieramy chętnie horrory, ale nie tylko, bo także to, co śmieszne. Świadczą o tym na przykład nasze wybory historyczne z menu telewizyjnego czy z Internetu. Przyszłość natomiast nie zawiera nic śmiesznego. W ogóle śmiesznej przyszłości nie można sobie wyobrazić. Niepodobną do naszej rzeczywistości, dziwną - tak, oczywiście, ale nigdy śmieszną. Przeszłość też jest dziwna, niepodobna do naszej teraźniejszości, a tu i ówdzie zasnuta mglistymi majakami horrorów, już byłych, więc niegroźnych. W odróżnieniu od nich przyszłość wydaje się straszna przez sam fakt, że jest przyszłością, jak straszna jest śmierć, ponieważ jest śmiercią. I tyle.

Ani śmierć, ani przyszłość nie zachęcają do żartów.             

Przeszłości się nie boimy, przyszłości prawie zawsze. Sama myśl o baniu się przeszłości od razu nas rozśmiesza, jakkolwiek ta przeszłość byłaby okropna. Ale przecież była, już jej nie ma, a banie się tego, czego nie ma, zakrawa na niedorzeczność. Raz jeszcze się śmiejemy w związku  z przeszłością, naszym jakże bogatym źródłem emocji rozrywkowych.  

Ale wracając do przyszłości i strachu, bez którego przyszłość nie da się opisać, a takie mam zadanie, cóż się okazuje: strach, gdy wypada mu skonkretyzować przyszłe niebezpieczeństwa, sięga do przeszłości! Coś z niej wydobywa, przerzuca w czas przyszły i zaczyna się bać.   

Pokażmy to sobie na bliskim nam przykładzie. Miało być o przyszłości w rozumieniu "wszystkich" i  liczonej od jutra. Dobrze. Czego, poza nieszczęściami osobistymi, takimi jak utrata pracy, pieniędzy i  ewentualnie zdrowia, boją się Polacy, siedzący przy światowym stole lub obok w kuchni? Czyli "my". Czego bomy się my-Polacy, jak lubimy o sobie mówić.

My-Polacy boimy się Niemców. Ktoś zauważy: nie, my-Polacy boimy się raczej Rosjan, Związku Radzieckiego, którego nie ma, i Putina, który jest. Albo jeszcze inaczej powie: my-Polacy boimy się uchodźców. Oczywiście. Do Rosjan i uchodźców na pewno wrócę ja-Polak, obiecuję. Na początek jednak przyjąłbym, że naszym-polskim strachem podstawowym, (Justyna powiedziałaby może: podprogowym) jest od kilku pokoleń strach przed Niemcami. Takimi Niemcami, jakich widzieliśmy na zdjęciach i w kinie, bo w "realu" już mało kto widział.

Niemcy napierają na szlaban graniczny, który pada. Nadlatują bombowcami z jasnego  nieba, a na ziemi coś błyska i wybuchają białe dymki. Wali się dom. Płonie firanka. Babcia ma wspomnienia. Wszystko porzucone,  jakaś chłopka dała garnuszek  mleka, strzelają. Jacyś ludzie na ekranie idą z podniesionymi rękami. Będą  zabici przez Niemców. Niemcy są wojskiem w ciężkich butach, które idzie  grzmiąc po bruku. Niemca poznaje się po mundurze i wyrazie twarzy. Niemcowi patrzy z  oczu bezwzględność, pycha i tępota. Niemiec jest mianowicie głupszy od Polaka. Niemcy mają  wodza, który im każe mordować ludzi, wrzeszczy chrapliwym głosem i wygląda na zaburzonego psychicznie furiata. Nazywa się Hitler.     

Czy tacy Niemcy i taki Hitler mogą  pojawić  się w przyszłości, kopnąć swoim ciężkim butem  światowy stół, dać całemu temu rozhuśtanemu burdelowi potężnego łupnia, przy okazji nam- Polakom w dupę i w końcu zrobić na świecie  porządek, ten jakiś niemiecki, skoro sami zrobić własnego nijak nie potrafimy?     

Do niedawna myślałem, że taki - jak to powiedzieć? - come back Hitlera w dwudziestym pierwszym wieku jest absolutnym nonsensem, który nie może się spełnić w Niemczech, nie mówiąc o powodzeniu w reszcie świata. Czy na pewno? Czy nie uzna się jutro, że na przykład Kopernik nie miał racji, Ziemia wcale nie obraca się wokół Słońca, tylko Słońce wokół Ziemi, przecież ludzie widzą i nie dadzą się dłużej okłamywać. "De contrrevolutionibus orbium politicorum / O kontrobrotach ciał politycznych"  - takie dzieło epokowe jest do napisania, taki kopernikański kontrprzewrót polityczny zachodzi, taka polityka pachnąca rzeczywiście piekłem.

Chodzi o prawdziwe piekło, a tam na horyzoncie widzę już miejsce dla Hitlera. Tam, jak to w piekle, będzie płacz i zgrzytanie zębów.   

MYŚLENIE

jacekbochenski

 

 

Nie można pominąć drzew, naszych dobroczyńców, którzy wysiłkiem bilionów liści wytwarzają dla nas tlen. Tak pracowici i tak piękni! Nigdy nie mogę się im dość napatrzeć, również zimą, gdy w polskim klimacie większość traci liście i zieloność. Ale ich bezlistne na tle nieba, przezroczyste korony, przez które widać lecącego właśnie ptaka, są cudem użytecznej  konstrukcji i przyrodniczej estetyki.  Póki istnieje tlen do oddychania i ta estetyka do postrzegania w naturze, może istnieć fizyczna i psychiczna istota, zwana człowiekiem. Ogromna w tym zasługa drzew, za którą odpłacamy się im przeważnie w sposób głupi i podły, choć są wyjątki. Jednak od tysięcy lat głownie je mordujemy. Masowo karczowaliśmy całe ich narody, wyrywali z korzeniami, obdzierali z gałęzi i kory, piłowali, cięli na kawałki, tę krajankę jeszcze maltretowali, a to czymś przebijali , a to przewiercali, szlifowali, wreszcie przerabiali na swoje niezliczone, dziwne artefakty. Ale najwięcej rąbaliśmy i palili. Do dziś to robimy. Prawie wszystkie drzewa/drewna kończą w ogniu, idą ostatecznie z dymem, nawet utarte w naszych tartakach trociny. Sadziliśmy to i owo i sadzimy, to prawda. Jednak resztki naturalnych puszcz na globie giną.  Sztucznie nasadzone rezerwaty leśne żyją wśród produkowanych przez nas toksyn, w strachu i  żałobie po przodkach.  Nieliczni ocaleńcy, uwięzieni w środowisku zabudowanym, zwłaszcza miejskim,  jednostki poszczególne, często chore, trzymają się bohatersko.   

 

W polskim klimacie, zimą, gdy przesłona liści już opadła i drzewa stoją nagie, milcząc, bo nie mają nawet czym szeleścić, można je podejrzeć, czarne, wyraziste w tym intymnym, nagim akcie. Wystarczy podnieść głowę i zatrzymać się na chwilę. Widać wtedy nie tylko  pnie, które na ogół mijamy obojętnie, ale i to, co się objawia w górze: wieloramienność, tłumiona w sobie emocja konarów pragnących wiosny, rozpostartych. Lecz najbardziej godna uwagi jest misterna budowa ciała u małych gałązek. Budowa ciałka, byłoby lepiej powiedzieć.  Ta ich tkanka na tle nieba! Ta grafika, to wzornictwo, te zarysy wiotkie, elastyczne, te zakończenia ostrożne i czułe do ostatniej wypustki i ostatniego włoska. Ta subtelna tkanka da się porównać tylko z tkanką nerwową.  

 

Niech mi kto powie, że drzewa nie myślą! Nie mam pojęcia, jak to robią, i prawdopodobnie nikt z ludzkim rozumem nigdy się tego nie dowie, ale one myślą, oczywiście. O czym? 

Przypuszczam, że o przyszłości świata.

 

Ten temat od nich bym zaczął.


 

 

 

© Blog II
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci