Menu

Blog II

Opis zdarzeń

KOBIETY

jacekbochenski

 

 

Justyna, jak od pewnego czasu wiadomo, przeczytała "Tabu", które kobiety czytały kiedyś bardzo przejęte i aktorki lubiły grać w przeróbkach na monodramy. Teraz już nie grają, bo zmieniły się czasy i kobiety. A właściwie do niedawna jeszcze grały. Sprawdziłem. Ostatni raz osiem lat temu, ale po dłuższej przerwie, tylko w jednym teatrze i raczej w drodze wyjątku. Nic dziwnego, że Justyna skrzywiła się na to, co przeczytała. "Naiwne i zaślepione kobiety albo po prostu głupie" - napisała o nieszczęśliwych bohaterkach mojego "Tabu". Ich nieszczęście uważa się obecnie za naiwność, zaślepienie lub głupotę

 

Pisząc, Justyna wahała się wprawdzie i  powątpiewała o stosowności tych ocen w  obawie, żeby nie zakrawały na feminizm. Nie jest feministką. Wydaje się wręcz konformistką obyczajową, przystosowaną do nawyków środowiska, jak większość kobiet w Polsce. Miała jednak pewien niejasny kłopot moralny, związany, być może, z samym pojęciem tabu. Przedstawiła go w tajemniczym pytaniu, które sformułowała tak: "Czy tylko człowiek zepsuty może się oprzeć miłości?"

 

Zastanawiałem się, jak rozumieć to dziwne ujęcie rzeczy, a ważne dla romansu. Mam pewną hipotezę.

 

Wstępna uwaga: osobliwe zdanie powstało pod wpływem emocji, w dodatku negatywnej. Rządzi nim raczej logika emocjonalna niż formalna. Jeśli człowiek opiera się miłości ze względu na tabu czyli zakaz, to tym samym jest zepsuty, bo byłby gotów się nie oprzeć, gdyby nie tabu. Albo może już wszedł w jakąś zakazaną relację miłosną i dopiero dzięki dotknięciu tabu, skażeniu przez tabu i zepsuciu wie, czemu się ma oprzeć, bo inaczej by się nie dowiedział. Natomiast człowiek moralnie zdrowy sam czuje, czego chce lub nie chce. Opiera się miłości nie wskutek zakazu, lecz z własnego wyboru. Związki przyczynowo-skutkowe w tej sprawie nie są zbyt precyzyjne, za to wymowa skojarzeń dobitna.

 

To jednak nie jest feminizm. 

 

Z dwiema młodymi feministkami jadę samochodem do Białegostoku. Mniejsza o powód. Jadę. Feministki są kulturalne i uprzejme. Ale podczas podróży, która trochę trwa, zdradzam bezwiednie w rozmowie objawy męskiego ograniczenia i zacofania. Zauważają to, gdy mówię coś o przyrządzaniu obiadu, a z opowieści wynika, że zajmowała się tym kobieta. Feministki wymieniają porozumiewawcze spojrzenia.          

 

- Żona robiła w domu obiady - wyjaśniam.

 

Feministki się śmieją.  

 

- Wiadomo. Rola żony.

 

Rozumiem, że jestem skompromitowany.

 

- Ale kiedy po południu przychodzili do nas goście, bardzo często siadała i rozmawiała z nimi , o nic innego się nie troszcząc, a ja szedłem do kuchni robić kawę i podawałem do stołu - próbuję się ratować.

 

Feministki przyglądają mi się pobłażliwie i zarazem ostrożnie, jakbym był na przykład gorylem usiłującym je pocałować. Odpowiadają wyliczeniem trudnych funkcji w nauce, biznesie i zarządzaniu, które wykonują kobiety, ale z reguły na stanowiskach podporządkowanych mężczyznom. A jeśli robią to samo, co mężczyźni, otrzymują niższe wynagrodzenie. Gdy feministki mówią o tym, zaczynam odnosić wrażenie, że nie mówią już do mnie, lecz rozmawiają w mojej obecności same z sobą.

 

Nagle jedna pyta, o której godzinie chcę wrócić do swojego pensjonatu. Mniejsza, co to za pensjonat. Mieszkam tam chwilowo.

 

- Chciałbym wrócić na kolację przed wieczorem, bo jest niedziela i staramy się pracującym tego dnia kobietom umożliwić wcześniejszy powrót do domu.

 

Jeszcze raz wpadam. Kolację robią znów kobiety. Wcześniej do domu dla tego, że niedziela. Wszystko po bożemu i dla mężczyzn. Jakby kobiety musiały ich obsługiwać, a do wyższych stanowisk nadawali się tylko mężczyźni. Nie ma żadnych prac z natury męskich i żeńskich.

 

- Te podziały to są wytwory kulturowe - twierdzą stanowczo.

 

- Rozumiem - przytakuję. - Ale co w takim razie powinno się zrobić w tym pensjonacie? Czy kierowniczka, która nim zarządza, powinna zatrudnić w kuchni mężczyzn?

 

- Nie jesteśmy za parytetem. Jesteśmy za edukacją.

 

- W tej kuchni?    

 

- Z kobietami w kuchni prawdopodobnie nic się nie da zrobić, one już tam zostaną, ale w ogóle trzeba kobiety edukować, żeby nie chciały tak pracować. Nie chodzi o parytet, tylko żeby szły do wszystkich zawodów razem z mężczyznami i  nie podporządkowywały się mężczyznom.

 

- A proszę mi jeszcze powiedzieć - mówię - jaki to wszystko ma wpływ na życie uczuciowe obu płci.

 

- Ciekawe pytanie - odpowiada po namyśle jedna feministka.

 

Druga milczy.

 

 

 

 

 

© Blog II
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci